wtorek, 23 października 2018

Kruk zwyczajny

Od zeszłego tygodnia niewiele się zmieniło, wciąż mamy jesień, deszcz pada, wiatr wieje, słońce umarło. Skojarzenia rodzą się same. Jestem w nastroju bardzo mrocznym i śmieszkowym jednocześnie (jak na przyrodnika przystało), więc nie wiem, co dokładnie z tego dzisiaj wyjdzie.

Nie wiem też jakim cudem udało mi się jeszcze nie napisać o kruku. Nowa Zelandia i mordercze zapędy ptaków z całego świata tak mnie porwały, że nawet przez myśl mi to nie przeszło.

U kruka wyróżnia się kilka, jeśli nie kilkanaście, podgatunków. Nie będę jednak o tym pisać, bo mi się nie chce o tym pisać, a wam nie chce się o tym czytać. Powiedzmy, że piszę dzisiaj o kruku zwyczajnym.

Jak mamy globus, na przykład w domu albo w szkole, albo w innym miejscu, w którym z jakiegoś powodu przebywamy, to ten globus przedstawia nam ślicznie kulę ziemską. Kulę, nie dysk. Kula dzieli się na część północną i południową, a dzielimy ją równikiem. Część północna to ta górna połowa, no i tam właśnie występują kruki zwyczajne. W Polsce też.

Nie powiem, przez kogo gatunek został po raz pierwszy opisany. Gdybym musiała znowu to napisać, poczułabym się trochę jak powtarzający się idiota. Dam wam trzy opcje i możecie sobie zgadywać.

Kto i w czym jako pierwszy opisał kruka:

a) Dante Alighieri, Boska Komedia
b) Edgar Allan Poe, Kruk
c) Karol Linneusz, Systema Naturae.

Zabawa przez naukę, nauka przez zabawę!

Kruk żył sobie najpierw w Starym Świecie (i nie mówię tu wcale o jakiejś krainie z Silmarillionu), skąd do Ameryki Północnej dostał się przez Cieśninę Beringa (wciąż nie Silmarillion). Łatwo odróżnić go od wrony czy gawrona, bo jest od nich większy, czarniejszy, a pod dziobem ma brodę z piór. Poza tym nie ma zwyczaju przebywać w większym gronie, na miasto wychodzi raczej samotnie, ewentualnie we dwójkę lub z najbliższą rodziną.

Kruki, tak jak wszystkie krukowate, wyróżniają się niezwykłą inteligencją. Od innych krukowatych różnią się tym, że mają najbardziej rozbudowane słownictwo. Używają w sumie kilkudziesięciu różnych nawoływań, dzięki którym porozumiewają się z innymi krukami. Poza tym jeszcze gwiżdżą i robią kłap kłap dziobem. W ten sposób kruki zawsze wiedzą, co ich ziomki robią, co akurat planują zrobić, gdzie są, co im się przytrafiło w ciągu dnia itede. Potrafią również naśladować inne dźwięki, na przykład ludzką mowę. Jakby tego mało, nieobca jest im gestykulacja. Kruki wskazują dziobem przedmioty, o których akurat opowiadają ziomeczkom. Jak ziomeczki nie zwracają uwagi, to kruk może przedmiot podnieść lub może zwrócić uwagę ziomeczków specjalnym nawoływaniem służącym wyłącznie do zwracania na siebie uwagi.

Krucze jednostki i krucze rodziny, jak to mają w zwyczaju wszelkie krukowate, tworzą stada, w których panuje określona hierarchia. Kawki na przykład, szalenie obawiają się mezaliansów, więc kiedy jakaś kawka awansuje w hierarchii, to musi sobie od razu znaleźć nowego partnera ze swojej klasy. U kruków działa to wszystko trochę inaczej, bo jak kruk awansuje, to jego dotychczasowy partner życiowy również zostaje przyjęty do wyższej klasy. Jest to dla tych ptaków wygodne, bo mają one w zwyczaju tworzyć wyłącznie związki monogamiczne i w ten sposób mogą dalej robić rzeczy razem i nie muszą potajemnie spotykać się w ciemnych uliczkach albo rozbijać rodziny dla kariery.

Kruki są w ogóle niewiarygodnie wyrozumiałe, ale na ogół wyłącznie dla członków własnego stada. Pomagają sobie nawzajem, rozmawiają o rzeczach, zawierają przyjaźnie na lata i opłakują bliskich zmarłych, o których później nie mogą zapomnieć. 

Pary wychowujące młode, koniecznie muszą do tego celu posiadać jakąś ziemię. Zwykle wybierają sobie terytorium, na którym nie brakuje pożywienia, a potem bardzo agresywnie i zaciekle go bronią. W przeciwieństwie do wielu innych gatunków ptaków, w obronie są naprawdę świetne. Ponoć mają w zwyczaju zrzucać kamienie na drapieżniki, które czają się na ich młode.

Nie mają jednak nawet krztyny zrozumienia dla ptasich rodziców innych gatunków i bez skrupułów polują na ich młode. Kruki są wszystkożerne, więc w sumie rzadko głodują. W miastach jedzą to, co uda im się znaleźć, ewentualnie polują na gryzonie lub inne ptaki. W głuszy i w dziczy żywią się własnoręcznie upolowanym lub znalezionym pożywieniem, ale najbardziej przepadają za padliną. Nie ma to jak jeszcze ciepły trup w zimowy poranek.

Kruki chętnie podążają tropem ssaków drapieżnych, które po upolowaniu i skonsumowaniu ofiary, często pozostawiają sporo jadalnych i pysznych resztek. Jeśli padlina jest wyjątkowo spora i kruki wiedzą, że mogą jej samodzielnie nie podołać, mają w zwyczaju nawoływać inne kruki do stołu swoim specjalnym osobnym dźwiękiem, służącym wyłącznie do nawoływania do stołu. Jeśli kruk sam odnajdzie padlinę, ale nie jest w stanie rozerwać na niej skóry i dostać się do mięsa, może nawoływać wilki specjalnym zawołaniem służacym do wołania wilków i wtedy wilki przyjdą, zjedzą padlinę, ale dla kruka również zawsze coś zostanie.

Kruki są też wielkimi fanami porodów. Nie ma to jak jeszcze ciepłe łożysko w zimowy poranek.

Z powodzeniem używają sprytu do zdobywania pożywienia i - jak na sprytne stworzenia przystało - nie lubią się niepotrzebnie przemęczać. Dowodem na to jest wspomniane już podążanie za drapieżnikami, które pozwala im się najeść w zasadzie za darmo. Oprócz tego kruki mają też w zwyczaju udawać martwe kruki, kiedy znajdą jakąś wyjątkowo soczystą padlinę, ale nie chcą się nią dzielić. Widok martwego kruka odstrasza inne zwierzęta, ponieważ oznacza to, że pierwszy trup najpewniej był już chory albo zepsuty, a głupi kruk był głupi i umarł przez swoją głupotę. Stosują też klasyczne w świecie zwierząt odwracanie uwagi innego drapieżnika. Jeden kruk zajmuje czymś wielkiego zwierza, gdy drugi niezauważenie kradnie mu pożywienie. Ponieważ kruki bardzo szybko adaptują się do wszelkich nowych warunków, stały się już mistrzami w podkradaniu pożywienia także ludziom. W tej kwestii przypominają trochę keę, ale kea jest w sumie plagą, a kruk jeszcze nie.

O tej porze roku można w mieście spotkać sporo krukowatych z orzechami i żołędziami w dziobach. Wyglądają, jakby nie do końca wiedziały co chcą osiągnąć przez takie noszenie orzecha, ale nic bardziej mylnego. Zarówno kruki, jak i całe ich kuzynostwo, z powodzeniem wykorzystują do rozbijania orzechów przejeżdżające po ulicy samochody. Taka metoda rozbijania orzecha jest wygodna i nie wymaga wysiłku. Czasem krukowate mogą też wzlatywać z łupem w górę, skąd upuszczają orzecha na ziemię, gdzie ten się rozbija i jest gotowy do spożycia.

Podobnie jak sójki, kruki uwielbiają organizować sobie małe wypady do spa w mrowiskach. Wchodzą na mrówcze twierdze, tarzają się w nich, łapią pojedyncze mrówki i wcierają je sobie w pióra. Robi im to bardzo dobrze na higienę i samopoczucie.

Pisałam już chyba w poście o kawkach, że ptaki te doskonale zdają sobie sprawę z tego, że są obserwowane. Chodząc po mieście, zatrzymuję się od czasu do czasu przy jakimś trawniku, na którym żerują kawki lub gawrony i zaczynam się na nie po chamsku gapić. Dla przechodniów muszę wyglądać jak osoba chora psychicznie, ale mniejsza. Krukowate nie zwracają uwagi na człowieka, dopóki ten idzie zdecydowanym krokiem naprzód, żeby załatwiać swoje ważne ludzkie sprawy. Łaskawie pozwalają mu przejść i nie zaprzątają sobie tym głowy, bo wiedzą, że miasto pełne jest ludzi, którzy muszą się gdzieś udać. A ponieważ człowiek, który nagle się zatrzymuje i na nie patrzy jest dla krukowatych rzeczą mniej zwyczajną, to na takie zachowanie reagują one wyłącznie szybką ucieczką.

Z dokarmianiem krukowatych również różnie to bywa. Zacznijmy od tego, że w mieście ptaki te mają dostęp do pożywienia przeróżnego rodzaju i mogą sobie pozwolić na wybrzydzanie. Zwykły chleb może nie zrobić na nich wrażenia. Czytałam w internetach, że ludzkie młode bywają szalenie rozczarowane, kiedy chcą dokarmiać krukowate, a krukowate mają je gdzieś albo uciekają i zupełnie nie interesują się darmowym pożywieniem. Rzecz w tym, że te ptaki to nie debile, mają bardzo ograniczone zaufanie do obcych stworzeń i do obcego jedzenia od obcych stworzeń, a z pewnością nie pozwolą sobie na ekstremalny brak ostrożności, którym byłoby zajadanie się obcym jedzeniem przy obcych stworzeniach, które w tym czasie mogą wykonać jakiś agresywny ruch.

Kruki używają inteligencji nie tylko do zdobycia pożywienia, ale także dla zabawy. Potrafią tworzyć własne zabawki, często ganiają się nawzajem w powietrzu, mogą też podjudzać wilki, które zaczynają je gonić, a kruki uciekają rechocząc i jest to dla nich rozrywka życia. Lubią bawić się w śniegu, szczególnie upodobały sobie zjeżdżanie w dół po zaspach lub lodzie.

Mogłabym teraz napisać jeszcze, ileż to kruka nie było w mitologiach, podaniach, literaturze i całej masie innych rzeczy, ale to nie liceum i sercem jestem bardziej Linneuszem niż maturzystą, więc grzebcie sobie w tym sami.


Kruk zwyczajny, common raven, Corvus corax. Flickr, autor: marneejill













poniedziałek, 15 października 2018

Puszczyk mszarny

Ostatnio coś się tak bardziej jesiennie zrobiło, dzień robi się dramatycznie krótki, słucham sobie lekko mrocznej muzyki i czekam na halloween. Tak, dokładnie. Nie na wszystkich świętych, nie na zaduszki, tylko na halloween, bo okropna zachodnia kultura pożarła mnie w całości, a ja dałam jej się pożreć. Rzecz w tym, że jak jeszcze grałam w zeszłym roku w wildstara, to z okazji halloween był tam zrobiony najfajniejszy halloweenowy event ever i był to w sumie jedyny poważny powód, dla którego chciało mi się w ogóle grać w tą grę. A teraz wildstara już nie będzie, bo umarł, więc po święcie evencie noszę żałobę, ale łezka w oku trochę się kręci i sentyment pozostał.

Dzisiaj w ramach walki z ortografią gardzę dużymi literami. A tak serio, to coś mi się popsuło w klawiaturze i niektórych liter nie mogę napisać zupełnie, więc stawiam na ujednolicenie. I nie, nie będę ich kopiować z innych miejsc, to byłoby dziwnie poniżające.

Temat posta ma się w sumie nijak do tych wszystkich informacji. Przez to myślenie o jesieni po prostu przypomniało mi się, że sowy istnieją, a ja nie mam nic przeciwko sowom, można wręcz powiedzieć, że je lubię. Dlatego dzisiaj napiszę o puszczyku mszarnym, który (O DZIWO) dostał całkiem nie najgorszą nazwę w języku polskim. Zupełnie nie ma się czego chłopak wstydzić, może się wozić po leśnej dzielni z dumą na dziobie. Nazwę wymyślił mu niejaki pan Konstanty Tyzenhaus, który dawno dawno temu był ornitologiem, hrabią i oczywiście przyrodnikiem i wszyscy jesteśmy mu za to dozgonnie wdzięczni. Nie jestem pewna czy te informacje są całkowicie prawdziwe, bo na ten temat rozwinęła się bardzo gorąca dyskusja na birdwatching.pl, ale nie chce mi się jej czytać w całości, więc przyjmijmy, że tak właśnie było. A "mszarny" wzięło się od mszar, czyli po prostu terenów bagiennych bogatych w roślinność krzaczkową i drzewkową.

Puszczyk mszarny to jest całkiem spory ptak. Rozpiętość jego skrzydeł może wynosić nawet 150 centymetrów. Wyróżnia się dwa podgatunki: strix nebulosa lapponica (taki bardziej europejski) i strix nebulosa nebulosa (taki bardziej, że północ Ameryki Północnej). Puszczyk mszarny jest cały szary, puchaty i wielki, ale prawda jest taka, że samego ciała pod tymi piórami ma niewiele.

Lubi mieszkać w różnych puszczach i lasach, na północy preferuje tajgę. Jak to bywa u ptaków drapieżnych, za najlepsze miejsce do życia uważa las, obok którego znajduje się jakaś łąka albo pole, bo wtedy może sobie z wysokości wygodnie obserwować co tam się w trawach dzieje i - mając oczywistą przewagę nad swoimi potencjalnymi ofiarami - niezauważenie przystępować do ataku. Sowy latają w zasadzie bezgłośnie, więc ich pożywienie nie ma szans na ratunek w tej sytuacji.

Puszczyki mszarne, zupełnie jak papugi, nie lubią marnować czasu na budowanie gniazda. Z tego powodu zwykle po prostu przejmują czyjeś stare gniazdo i tam jakoś układają sobie życie. Wiosną składają nawet do 5 jaj, a potem samica spokojnie je sobie wysiaduje przez miesiąc. Po tym czasie na świat przychodzą małe rozkoszne puszczyki, które pierwsze kroki w stronę samodzielności stawiają już po 4 tygodniach od wyklucia. Zwykle pierwszy krokiem jest niemal samobójczy skok z gniazda na ziemię. Młode sobie tak skaczą, a potem wspinają się z powrotem, ponieważ są wybitnymi alpinistami. Samica obserwuje, jak jej potomstwo robi kursy w dół i w górę, a samiec zajmuje się dostawą pożywienia. Jak młode już tak sobie poskaczą, to po jakimś tygodniu zaczynają powoli latać, a na przełomie jesieni i zimy porzucają gniazdo i są już w pełni samodzielne.

Sowy, jak to sowy, preferują raczej nocny tryb życia. Całkowicie to rozumiem i popieram. Puszczyki mszarne natomiast, obdarowane zostały słuchem doskonałym, który pozwala im zlokalizować ofiarę znajdującą się w dużej odległości. W jakiś sposób pomaga im w tym wygląd "twarzy", bo te duże szare pucie przyczyniają się do odbierania dźwięków. Pożerają dokładnie to, na co mają ochotę. Najczęściej są to myszy, szczury, czy norniki, ale nie pogardzą też jeżem, żabą, chrupiącym owadem, albo innym ptakiem, jeśli ten ptak nie jest jakoś szczególnie ogromny. Zdarza im się ukraść jedzenie od innego ptaka drapieżnego, czasem tym jedzeniem jest potomstwo tego innego ptaka drapieżnego, no różnie to bywa.

Puszczyk mszarny zupełnie nie bywa agresywny. Samica robi się delikatnie drażliwa, kiedy ma pod opieką młode, ale tak poza tym to one mają dosłownie wszystko gdzieś. Siedzą sobie spokojnie na pniu albo gałęzi i zupełnie nie przejmują się tym, że ktoś wchodzi na ich teren, albo że inne sowy pohukują do siebie w panice. Puszczyk inne sowy też ma gdzieś i nie bierze udziału w nocnych, leśnych dyskusjach. Introwertyczne stworzenie. Z tego powodu niełatwo jest go wypatrzyć albo zrobić mu zdjęcie.

W Polsce puszczyka nie ma za wiele. Przez jakiś czas prawdopodobnie wcale go nie było, ale w ostatnich latach ponoć spodobała mu się Lubelszczyzna, więc trzymajmy kciuki, bo może zostanie na dłużej. Puszczyk mszarny sam w sobie nie jest zagrożony wyginięciem ani nic z tych rzeczy, ale w naszym kraju jest chroniony, więc - nie wolno go zabijać, nie wolno go zjadać, wolno obserwować i tyle.

Puszczyk mszarny, great gray owl, strix nebulosa. Fota z flickr, autor: Gregory "Slobirdr" Smith


środa, 10 października 2018

Kazuar

Ptak ten zamieszkuje Australię i Nową Gwineę. Ponieważ Australię zamieszkują w sumie same dziwne rzeczy, takie jak moja ulubiona papużka żółtobrzucha (nocna papuga, do jasnej) czy dziobak, to oczywiste jest i jasne jak słońce, że tekst pełen będzie zwrotów akcji i wybuchów.

Kazuary to takie kuropodobne dinozaury z głową indyka. Dosłownie. Są dość wysokie. Samice mogą osiągnąć nawet dwa metry wzrostu, samce natomiast nie, bo to jeden z tych gatunków, u których chłopcy w sumie mają niewiele do powiedzenia i zrobienia. Kazuary mają małe skrzydła, w związku z czym nie potrafią latać, ale jak to zwykle bywa w przypadku ptaków ze szczątkowymi skrzydłami - biegają dobrze jak kenijscy biegacze. Dodatkowo kazuary zostały też pobłogosławione umiejętnością pływania.

Gatunek po raz pierwszy opisał niejaki Mathurin Jacques Brisson, który był Francuzem i oczywiście przyrodnikiem. Wcześniej na ten temat zaczął pisać znany nam już Karol Linneusz (ten od Systema naturae per regna tria naturae, secundum classes, ordines, genera, species, cum characteribus, differentiis, synonymis, locis, dokładnie ten sam), ale porzucił temat, bo pewnie był zbyt zajęty korespondowaniem ze swoimi wiecznie śmieszkującymi ziomkami przyrodnikami. Albo uznał, że jest już za fajny, żeby zajmować się takimi pierdołami. Tak czy siak, kazuar w całości należy do Brissona.

Pomimo wzrostu, ptaki te są bardzo nieśmiałe i wrażliwe. Żyją sobie w gęstym buszu, z dala od zgiełku cywilizacji, gdzie przechadzają się pod drzewami i czekają, aż jakiś owoc spadnie na ziemię, po czym pożerają go w całości. Lubią mieszkać blisko zbiornika wody, no bo czemu nie. Jak już są drzewa i owoce, to woda też może się przydać. Samce zwykle wybierają sobie jakieś terytorium, którego zaciekle bronią, no bo tak to już zwykle z samcami jest. Samice natomiast krążą sobie od terytorium do terytorium i robią co chcą. Czyli w sumie też przechadzają się po lesie i czekają, aż owoce spadną im do stóp. Szponów.

Czasem kazuary dobierają się w pary, bo jednak gatunek jakoś musi przetrwać. Fajną sprawą jest to, że jako jedne z nielicznych ptaków, mają one genitalia kropka w kropkę takie jak ssaki. Przed chwilą wpisałam w google hasło "kazuar genitalia", więc wiem. Kiedy wstawałam dziś rano z łóżka, nie spodziewałam się jeszcze, że po południu będę przeglądać w internecie informacje na temat genitaliów kazuarów, a tu proszę. Zaczynam rozumieć, dlaczego z Linneusza był taki zabawowy gość.

Ale ale. Rozmnażanie u kazuarów wygląda jeszcze fajniej niż ich genitalia, bo samica po złożeniu jaj całkowicie porzuca swoją nową rodzinę i spokojnie odchodzi w siną dal, żeby konsumować spadające owoce. Samiec natomiast pozostaje w gnieździe, gdzie musi wysiadywać jaja, bronić terytorium, potem zajmować się rozwrzeszczanymi dzieciaczkami, karmić je i przewijać, uczyć życia, nie zapomnieć w przelocie zjeść kanapki, żeby nie umrzeć od nadmiaru pracy, zrobić pranie, ugotować obiad i tak dalej.

Jak już wspomniałam wcześniej, kazuary są nieśmiałe i wrażliwe. Bardzo delikatne w środku. Łatwo je zranić, kiedy powie im się na imprezie coś niemiłego na przykład. Nie lubią też za bardzo, jak człowiek wbija sobie bez pytania na ich terytorium i robi tam rzeczy. Mądra mateczka natura, patronka wszystkich przyrodników, wiedziała jednak co robi i dała kazuarowi niewiarygodnie silne nogi wyposażone w dokładnie trzy palce. Środkowy palec jest natomiast uzbrojony w bardzo długi i ostry pazur, którym kazuary mogą skutecznie się bronić. To taki fak od przyrody dla reszty świata.

Przykładowy scenariusz ataku kazuara może wyglądać tak: człowiek wchodzi na teren kazuara i krzyczy do niego jakieś obraźliwe rzeczy - kazuar czuje się urażony, więc biegnie w kierunku człowieka - kiedy znajduje się już bardzo blisko człowieka, wyskakuje sobie trochę w powietrze i kopie głupiego homo sapiens w brzuch, wbijając mu pazur głęboko w rzeczy, które homo sapiens miewa w brzuchu - człowiek upada, jego wnętrzności też, dosłownie rozlewają się po czerwonej australijskiej ziemi - kazuar jest spokojny i idzie czekać aż na tą samą ziemię (jak ktoś mi tu napisze, że powinnam napisać "TĘ ZIEMIĘ" to nie ręczę za siebie) spadną jakieś owoce, bo niestety nie żywi się padliną.

Kazuary są pod ochroną i są zagrożone wyginięciem, więc nie wolno ich denerwować i nie wolno ich zjadać. Wolno omijać je z daleka i pozwolić im robić swoje. We wrocławskim zoo chyba jest jakiś kazuar, tam wolno popatrzeć.

Kazuar, Casuarius casuarius. Zdjęcie dał mi flickr.






czwartek, 20 września 2018

Aleksandretta obrożna

Ostatnio sporo dzieje się w świecie ptaków i chociaż nie piszę postów jakoś bardzo regularnie, to staram się przejrzeć wszystkie ptasie newsy, którymi zasypuje mnie fejsbuk. Pewnie wszyscy już słyszeli, że ara modra całkowicie wyginęła na wolności i jest to sprawa przykra, której poświęcę rekordowo długi tekst w niedalekiej już przyszłości.

Innym newsem internetowym jest nagła panika związana z pojawieniem się aleksandretty obrożnej w Polsce. Ponoć ta bezczelna i szalona papuga miała czelność zadomowić się w naszym kraju, z którego skutecznie wypłasza wszystkie małe szare ptaszki szaraczki nieboraczki. Ponoć wszyscy politycy zbierają się codziennie na wielogodzinne obrady, mające na celu rozwiązać tylko i wyłącznie ten problem. Ponoć zostały utworzone specjalne Grupy Do Spraw Likwidacji Populacji Aleksandretty Obrożnej w Polsce (GDSLPAOwP). Ponoć wprowadzono godzinę policyjną, ponieważ agresywne papugi polują na co słabszych przedstawicieli rasy ludzkiej po godzinie 22. Ponoć Elon Musk wysłał już dziesięć transportów na Marsa, gdzie planuje zostać królem całej ludzkości, bo na naszej planecie nie mamy już czego szukać.

To są faktyczne fakty.

Pomyślałam, że skoro już stoimy w obliczu zagłady i sytuacja wygląda, jak wygląda, to warto byłoby poznać odrobinę zwyczaje naszego śmiertelnego wroga.

Przed przejęciem władzy nad światem, aleksandretta obrożna żyła sobie na dziko w Afryce i na Półwyspie Indyjskim. W tych rejonach wyróżnia się cztery podgatunki tej papugi, z czego wszystkie aleksandretty indyjskie są większe niż ich afrykańscy krewni. Po jakimś czasie papuga ta stała się ulubieńcem hodowców ptaków, a poza tym introdukowano ją w wielu innych miejscach na świecie, no bo czemu nie.

Aleksandrettę po raz pierwszy opisał niejaki Giovanni Antonio Scopoli, który był włoskim przyrodnikiem. Znany był między innymi z tego, że kumplował się z niejakim Karolem Linneuszem, który też był przyrodnikiem, świetnym do tego stopnia, że pozwolił sobie napisać książkę, którą zatytułował Systema naturae per regna tria naturae, secundum classes, ordines, genera, species, cum characteribus, differentiis, synonymis, locis. Chłopaki nigdy się nie spotkali, ale tak się lubili, że nazywali po sobie rośliny i odstawiali inne podobne przyrodnicze numery. Takie były z nich śmieszki, ananasy i agregaty, że hej.

Aleksandretta żywi się rzeczami, z których dałoby się zrobić bardzo egzotyczne muesli. Zwykle są to jakieś nasiona, owoce, pączki kwiatów, kwiaty i orzechy. Papugi żyjące w dużych grupach mają słodki zwyczaj napadania na pobliskie uprawy i powodowania w ten sposób ogromnych zniszczeń. Ale można im to przecież wybaczyć, są takie zielone i urocze.

Nie są to ptaki monogamiczne, zwykle dobierają się w pary tylko na okres lęgów, a po odchowaniu potomstwa każde z rodziców idzie w swoją stronę. Zaloty u aleksandretty to wspaniała sprawa, bo obejmują między innymi samca rzygającego nadtrawionym pokarmem prosto do gardła samicy. Uważam, że to szalenie romantyczne.

Papugi te nie budują gniazd. W sumie to papugi w ogóle nie bardzo mają we krwi budownictwo. Lepiej im wychodzi niszczenie. Jaja składane są w dziupli, która na ogół jest dziuplą przejętą po innych ptakach. W Polsce aleksandretta woli mieszkać w mieście, a nie w lesie, więc znalezienie domu sprawia jej spore trudności. Z tego powodu rzeczywiście może się zdarzyć, że wyrzuca mieszkańców dziupli na bruk i przejmuje ją z myślą o godnym bycie własnej rodziny. No ale litości, wszystkie normalne ptaki zrobiłyby dokładnie to samo na jej miejscu. Ja na pewno zrobiłabym to samo na jej miejscu. W myśl okrutnej zasady: kto silniejszy, ten lepszy. Znane i lubiane "kto pierwszy, ten lepszy" zupełnie się tu nie sprawdza.

Lepiej mieć jakiś dystans do absurdów wypisywanych w głupich internetowych artykułach, żeby nie popadać w bezsensowną panikę. Zupełnie nie zapowiada się, żeby nasze polskie wróbelki elemelki i inne sikorki miały z jakiegoś powodu czuć się śmiertelnie zagrożone przez aleksandrettę. Do tej pory sama żadnej papugi w mieście nie widziałam, a czasem nawet wychodzę z domu.

Wielu pewnie zapyta: ALE JAK TO, PRZECIEŻ TO JEST PAPUGA, A W POLSCE MAMY ZIMĘ SROGĄ PRZEZ TRZY CZWARTE ROKU, JAK ONA MOŻE ŻYĆ?

Może żyć, bo jest niewiarygodnie odporna na zmiany temperatury. Kiedy nasze polskie ptaki marzną na ośnieżonych drzewach i krzakach, aleksandretta nic sobie z tego nie robi. To trochę tak jak z tymi wrocławskimi żółwiami z fosy. Wszyscy się dziwią, że jak to możliwe, a żółwie są i lepiej im wychodzi rozmnażanie niż zamarzanie.

Aleksandretta obrożna, rose-ringed parakeet, Psittacula krameri. Fota z jakiejś ruskiej wikipedii.



poniedziałek, 3 września 2018

Pustułka zwyczajna

Od jakiegoś czasu oglądam z wielkim zapałem "Belfra", który jak na serial nakręcony w Polsce, nawet daje radę. Polskie seriale zwykle są po prostu złe, więc automatycznie uważam to dzieło za wybitnie wybitne. Tajemnicze morderstwa i pryszczata młodzież uwikłana w przeróżnego rodzaju intrygi, zmagająca się z huśtawką nastrojów i brakiem zrozumienia ze strony dorosłych - to zdecydowanie dobry temat na dziś.

Tak się składa, że dzisiaj mamy też rozpoczęcie roku szkolnego (dla niektórych najgorszy dzień w roku, HEHEHE), więc "Belfer" i dzieciaczki w galowych strojach, które rozbiegły się po całym Gaju, jakoś wpłynęły na to, że w mojej głowie powstało konkretne "klik" i pomysł na posta przyszedł sam.

Pustułka to ptak drapieżny, którego szczęśliwie możemy zaobserwować między innymi w Polsce. Żyje sobie w całej Europie, Azji i w Afryce. Istnieje kilkanaście podgatunków pustułki, które mogą się różnić między innymi preferencjami mieszkaniowymi i upierzeniem. Pustułki pojawiają się też w Ameryce Północnej czy innych zupełnie przypadkowych miejscach na całym świecie.

Żywią się tym, co upolują, a w polowaniu są niesamowicie dobre. W miastach polują na mniejsze ptaki, bo to łatwo dostępne pożywienie. Poza tym chętnie zajadają się gryzoniami i gadami, ale zdarza im się też przekąsić jakiegoś owada.

Łatwo je rozpoznać, bo są dość małe jak na ptaki drapieżne i wyglądają wyjątkowo uroczo jak na ptaki drapieżne. Mają wielkie czarne oczy, którymi niewinnie spoglądają w obiektywy aparatów i w ten sam sposób zaglądają pewnie w dusze swoich ofiar, zanim je zjedzą. W sensie zjedzą ofiary, pustułki nie żywią się duszami. W tych przepastnych oczyskach czai się więcej zainteresowania niż w oczach jakiegokolwiek szkolnego pedagoga. Gdybym miała stać się pożywieniem jakiegoś drapieżnika, to chciałabym bardzo, żeby pożarła mnie właśnie pustułka.

Pustułki średnio znoszą zimno, więc zdarza się, że w srogie zimy przenoszą się do cieplejszych miejsc. Młode ptaki odlatują do Afryki, a starsze ograniczają się na przykład do południa Europy. Żyją i polują zwykle w miejscach, które zapewniają im dobry widok na to, co się dzieje wokół. Jeśli jest gdzieś sobie łąka i na tej łące jest jakieś drzewo, to już jest to fajne miejsce do życia dla pustułki. Jak jest gdzieś sobie łąka i obok niej rośnie las, to jest to nawet bardzo fajne miejsce do życia dla pustułki. Jak jest gdzieś sobie miasto, takie jak Wrocław, i w tym mieście są jakieś wieże i dachy, to również jest to fajne miejsce do życia dla pustułki. W budynku filologii polskiej przy Nankiera jest całkiem fajne miejsce do życia dla pustułki.

Kiedy jeszcze spędzałam tam całkiem sporo czasu, bo przerwy między zajęciami bywały nieprzyzwoicie długie, odkryłam, że wewnętrzne podwórko zamieszkują ptaki drapieżne, a jeden młody ptak drapieżny biega w panice po krzakach. Ponieważ jestem rozsądnym i spokojnym obserwatorem ptasiego życia, od razu pobiegłam dwa piętra wyżej, żeby poinformować o tym koleżanki z grupy i zawlec je ze sobą na dół, po czym zaczęłyśmy bardzo ambitnie biedaka tropić, hasając za nim po krzakach. Młody nie umiał latać i drobił przed nami w popłochu niczym zestresowana kura. Bardzo chciałyśmy go uratować przed niechybną śmiercią z rąk innych studentów, ale na szczęście w którymś momencie ogarnęłyśmy, że on w sumie chyba ma tak biegać, bo milion metrów wyżej nawołuje do niego cała grupa dorosłych ptaków drapieżnych. Myślę, że to mogły być pustułki. I myślę, że nie ma co mieszać się do życia młodych ptaków.

A skoro przy życiu młodych ptaków jesteśmy, to czas już najwyższy przejść do meritum chaosu informacyjnego, jakim jest dzisiejszy post. Pustułki są w stanie gniazdować niemal wszędzie: na stromych klifach, na suchych drzewach, na przypadkowych skałach i na dachach budynków. Czasem przejmują cudze gniazda, czasem budują własne. Składają od 3 do 6 jajek, które samica wysiaduje przez miesiąc, a w tym czasie samiec przynosi jej pożywienie. Istna sielanka.

Następnie wykluwają się młode i tu cud narodzin przedstawia się jeszcze piękniej, ponieważ pustułki to ptaki, u których występuje tak zwany kainizm. Jest to wspaniałe zjawisko, które polega na tym, że silniejsze młode zabijają słabsze (często po prostu młodsze) rodzeństwo, bo nie chcą się dzielić jedzeniem. W tym przypadku najmłodsze rodzeństwo pełni fukcję zapasów pożywienia, na wypadek wystąpienia trudności z wykarmieniem wszystkich piskląt.

Rodzice młodych pustułek nie mają nic przeciwko tej gniazdowej krwawej masakrze, bo sami za dziecka również żywili się swoimi braćmi i siostrami, więc wiedzą jak to jest. W sumie nawet trochę faworyzują najstarsze pisklęta, bo od momentu wyklucia zainwestowali w nie najwięcej czasu i pieniędzy, a jedną z niewielu zasad świata zwierząt jest to, że mają przeżyć osobniki najsilniejsze, bo tylko wtedy gatunek ma szanse na przetrwanie. Gdyby ludzie tak robili, to prawdopodobnie w wieku czterech lat musiałabym zjeść mojego brata, bo do najbliższego sklepu mieliśmy mniej więcej 5 kilometrów. Na szczęście ludzkie młode raczej tak nie robią i zamiast tego wolą przez długie lata wykańczać młodsze rodzeństwo stosując regularną przemoc fizyczną i psychiczną, dopóki to młodsze rodzeństwo nie połapie się, że donoszenie o wszystkich rodzicom to jakaś opcja.

Sama nazwa ptaka przyszła do nas z Rosji, gdzie jakiś czas temu rosyjscy sokolnicy zirytowali się bardzo, bo nie potrafili wyszkolić pustułek w polowaniu na ptactwo. Stwierdzili, że pustułki są "pustoj", czyli puste i głupie jak nie wiadomo co i od tej pory pustułki to pustułki.

Pustułka jest pod ochroną, nie wolno na nią polować i nie wolno jej zjadać. Wolno wywieszać jej budkę, żeby tam sobie zakładała gniazdo, w którym młode pustułki będą mogły komfortowo pożerać się nawzajem.

Pustułka zwyczajna, common kestrel, Falco tinnunculus. Zdjęcie z Wikipedii albo czegoś tam.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Papużka żółtobrzucha

Wracając jakiś czas temu autobusem do domu, wyobraziłam sobie, jak mogło wyglądać nadawanie ptakom imion. Takie oficjalne zebranie osób, które wiedzą co i jak i mają się tym zająć:

- Dobrze, panowie i pani, mamy z głowy reliktowca, następny w kolejce jest ten dziwny ptak. Wiemy o nim tyle, że prawie nikt go nie widział, żyje w nocy i jest jedną z największych tajemnic kosmosu. Propozycje. Może Antek. Antku, jakieś propozycje?

- No nie wiem panie prezesie, może polecimy z angielskiego i będzie nocna papuga?

- Nie, nie. Zupełnie głupi pomysł. Całkowicie od rzeczy. Antku, wyjdź. Gosiu, jakiś pomysł?

- To może mroczny rycerz? Trochę epicko, ale jak to jest taka legenda, to mogłoby się sprawdzić.

- Hmm. No, jakkolwiek zazwyczaj przepadam za twoimi pomysłami, Gosiu, to nie. Nie ma takiej opcji. No to jeszcze Jarek nam został. Jarku, bardzo cię proszę, ratuj sytuację, bo nie wyjdziemy stąd do przyszłego tygodnia a mamy przed sobą jeszcze setki gatunków. Dajesz, Jarek.

- No to ja tak pomyślałem, że ona jest zielona.

- Tak, Jarku?

- No i ma żółty brzuch. 

- No, ma. 

- To może, no nie wiem, papużka żółtobrzucha?

I w ten właśnie sposób mistyczna nocna papuga została papużką żółtobrzuchą. Jak jakaś pierwsza lepsza byle papużka z byle łąki. Mniejsza o to jednak, bo nazwy ptaków będą mi pewnie spędzać sen z powiek przez następne 50 lat, a i tak nic z tym nie zrobię.

Papużka (chryste) żółtobrzucha mieszka sobie w Australii. Jak wszyscy dobrze wiemy, Australię zamieszkuje wiele przedziwnych stworzeń i to również jest przedziwne stworzenie, chociaż mało kto o nim słyszał. Dzisiaj będzie bardziej historycznie, bo o samym ptaku niewiele wiadomo, a historia jest przesuperciekawa.

Po raz pierwszy opisał ją w roku 1861 niejaki pan John Gould, który był ornitologiem. Zdarzyło mu się pracować z niejakim Charlesem Darwinem, który biegał bez ustanku po kamienistych wyspach i zbierał przeróżne gatunki ptaków. Potem przesyłał je do Goulda, który je dla Darwina identyfikował. Sam Charles nie bardzo miał głowę do takich błahostek, jak na przykład robienie szczegółowych zapisków dotyczących miejsca znalezienia gatunku, więc Gould miał przy tym kupę śmiechu i dobrej zabawy.


Jakiś czas później pewnie się wkurzył i postanowił wyjechać do Australii, gdzie spotkał naszego papugę. Na początku myślał, że papug jest bliskim krewnym kakapo, ale okazało się, że nie jest. Polska Wikipedia mówi, że Gould myślał, że papużka żółtobrzucha jest krewnym papużki ziemnej, ale to w sumie kłamstwo, bo to nie on tak myślał, tylko jego ziomek, który nazywał się James Murie i miał więcej racji niż sam Gould. Jak widać, nawet praca z Darwinem nie czyni nikogo nieomylnym.

Był to czas, w którym ludzie z Australii nieszczególnie przejmowali się rzadkimi gatunkami lub tym bardziej ich ochroną i po prostu robili swoje. Od czasu do czasu wpadał jakiś badacz, badał co miał zbadać i wyjeżdżał cały dumny jak paw, że pobadał. Poza tym masowo zjeżdżali Europejczycy, którzy jak zwykle nazwozili ze sobą kotów, psów i nie wiadomo czego. Zaczęło się to wszystko panoszyć jak u siebie i nagle papużka żółtobrzucha zniknęła całkowicie. Nikt jej nie widywał, więc ustalono, że niestety wyginęła. Ornitologom było trochę przykro, ale wkrótce zapomnieli o sprawie, bo przecież codziennie coś gdzieś wymiera na śmierć. Ostatni okaz został znaleziony w roku 1912, a potem długo nic się nie działo.

Pan Dick Smith (założyciel Australian Geographic) był jednak tak zdesperowany w kwestii poszukiwania gatunku, że w roku 1989 ogłosił, że znalazca żywej lub martwej papugi otrzyma od niego 25 tysięcy dolarów nagrody. Bardzo niespodziankowo musieli się w związku z tym czuć ornitolodzy, którzy w roku 1990 znaleźli truchło papużki żółtobrzuchej na drodze. No i nagrodę otrzymali.

Na kolejne doniesienia o istnieniu papugi trzeba było czekać, ale ponoć widziano 3 żywe osobniki w roku 2005 w Australii Zachodniej, a potem jedną martwą samicę w roku 2006. Nie te jednak zdarzenia, a właśnie znalezisko z 1990 roku, zainspirowały pana Johna Younga do podjęcia ambitnych poszukiwań papużki żółtobrzuchej, na które poświęcił całe 15 lat swojego życia.

Pewnie jedni myśleli, że koleś oszalał. Inni z kolei mogli również myśleć, że oszalał. Tak czy inaczej, robił swoje i szaleństwo się opłaciło. Na początku nie bardzo wiedział, od czego zacząć, więc tak naprawdę przemierzał Australię wzdłuż i wszerz opierając się na szczątkowych informacjach dotyczących zwyczajów papugi. W roku 2008 usłyszał w nocy dziwne dźwięki, które prawdopodobnie wydawały papużki żółtobrzuche, nie mógł jednak od razu tego stwierdzić, bo nigdy wcześniej ich nie słyszał i nie miał za bardzo porównania. Przez kolejne 5 lat poszukiwania trwały, aż w końcu w roku 2013 Young nie tylko zobaczył papużkę żółtobrzuchą, ale też zrobił całą dokumentację fotograficzną i zawiózł znalezione pióro na badanie, które miało stwierdzić, czy należało ono do poszukiwanej papugi. Należało i wszyscy ornitolodzy świata zzielenieli z zazdrości.

John Young z piórem papuga nocnego.
Władze Australii nie były obojętne na ten czyn i w mgnieniu okaz powstał ogromny sekretny rezerwat, w którym o dobro papużek żółtobrzuchych dba tak zwany Night Parrot Recovery Team.

Papugowy dream team w pracy. Zdjęcie z Bush Heritage Australia
Miesiąc po odkryciu Younga, inna grupa ornitologów trafiła na kolejną populację papużek żółtobrzchych w zupełnie innym miejscu. Przewodzący jej pan Nigel Jackett, na swoje poszukiwania przeznaczył 7 lat, ale zbierał informacje trochę lepiej niż pan Young i wydedukował, że papużki lubią żyć w bardzo wysuszonych trawach Australii (takich jak na zdjęciach powyżej). No i że w ogóle lubią żyć w warunkach nienadających się do życia. I jak wydedukował, tak postanowił i poprowadził ekipę w trawy, gdzie papużkę od razu znalazł.

Jak się okazuje, papużki żółtobrzuche nie bardzo lubiły towarzystwo przyprowadzonych przez ludzi drapieżników i nie bardzo lubiły płonąć w pożarach. Nie bardzo też lubiły swoich ludzkich sąsiadów i nie odpowiadał im wieczny hałas cywilizacji, więc postanowiły spróbować szczęścia przenosząc się w najbardziej nieprzyjazne rejony Australii. Zamieszkały w starożytnych trawach (z których niektóre kępy mają nawet po 100 lat), gdzie żywią się nasionami i wychodzą na świat wyłącznie w nocy. Ich największymi sprzymierzeńcami okazały się psy dingo, które regularnie polowały na okoliczne koty. W związku z tym, władze sekretnego parku postanowiły nie wyganiać ani nie wybijać dingo, żeby dalej pomagały w zachowaniu papug przy życiu. Aktualnie w całej Australii żyje sobie mniej więcej 100 papużek żółtobrzuchych, ale wciąż się bardzo dobrze ukrywają.

Papużka żółtobrzucha, night parrot, nocturnal ground parakeet, midnight cockatoo, night parakeet, Pezoporus occidentalis. Zdjęcie z: nightparrot.com.au

To jedzą papużki. Zdjęcie z: nightparrot.com.au
Jak widać, historia nie jest jakoś bardzo dramatyczna. Z ciekawostek:

1. Jest książka, która wygląda o tak.



2. W Australii istnieje Night Parrot Wine Bar, który zbiera bardzo skrajne opinie, ale za to mają fajny obrazek w profilowym na fejsbuku:






poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Bishop's ʻōʻō

Wyjątkowo w tytule umieszczam nazwę angielską, ponieważ gardzę nazwą polską. W naszym języku ptak ten nazywa się RELIKTOWIEC DUŻY. Brzmi to porażająco, przerażająco i bardzo naukowo. Bishop's ‘ō‘ō przedstawia się sympatyczniej.

Powiem tylko od razu, że ‘ō‘ō to ptak wymarły. Żeby nie było niejasności czy coś.

Post będzie o dużym ‘ō‘ō, ale warto wiedzieć, że jest to ptak z rodzaju Moho, a samych ptaków z rodzaju Moho było więcej niż jeden, bo istniał jeszcze Oʻahu ʻōʻō (reliktowiec leśny), Hawaiʻi ʻōʻō (reliktowiec górski) i Kauaʻi ʻōʻō (reliktowiec mały). W sumie to one wszystkie miały wiele wspólnego, więc pisząc o jednym, piszę o wszystkich (nie, tak naprawdę jestem obrzydliwym leniem). No a teraz wszystkie mają tyle wspólnego, że są wymarłe na śmierć. Wszystkie bez wyjątku.

Były to ptaki endemiczne na Wyspach Hawajskich, co oznacza, że można je było spotkać wyłącznie na Wyspach Hawajskich. Najpierw przez długi czas uważano je za miodojady, ale jak to w świecie ptaków bywa, jakiś czas później przypisano je do innych rodzin. Nie były zatem miodojadami.

Wróćmy jednak do naszego konkretnego Bishop's ‘ō‘ō. Gatunek ten odkrył pan Henry Palmer, który najwyraźniej nie był na tyle ważną postacią w historii czegokolwiek, żeby zasłużyć na swoją własną stronę w Wikipedii. Wspomniany pan Henry zbierał jednak różne okazy fauny i flory dla pana Waltera Rothschilda, który z kolei był arystokratą. Pan Walter był arystokratą, ale nie było to jego główne hobby, ponieważ był również zapalonym entuzjastą wszystkiego, co związane z przyrodą. Bardzo interesował się gatunkami wymarłymi i wymierającymi, w związku z czym napisał "Extinct Birds" i była to pierwsza ever ever ever książka o wymierających ptakach.

Pan Henry ogarnął, że istnieje ptak, którego jeszcze nie widział, pokazał go panu Walterowi, który się zachwycił i nazwał nowy okaz Bishop's ‘ō‘ō po panu Charlesie Bishopie, który był takim jakby Elonem Muskiem tamtych czasów i w dodatku na Hawajach.

U dużego ‘ō‘ō nie występował dymorfizm płciowy, co oznacza, że zarówno samce, jak i samice były upierzone identycznie. Ptaki te posiadały pióra czarne, ale mateczka natura upiększyła je znacznie, dodając im tu i ówdzie trochę piór żółtych, przez co wyglądały niezwykle hawajsko i miło dla oka. Na tyle miło, że Hawajczycy lubili na ‘ō‘ō zapolować, żeby powyrywać mu pióra i zrobić sobie z nich ozdoby.

Ten konkretny gatunek występował wyłącznie na Maui i Moloka'i, gdzie lubił przesiadywać w bardzo gęstych i wilgotnych lasach, bo był nieśmiały i nie lubił towarzystwa. Trudno stwierdzić, co ‘ō‘ō lubił jeść najbardziej, bo żywił się w sumie wszystkim: nektarem, robakami, owocami, różnymi małymi zwierzętami niepodobnymi do niczego, muszlami, chrząszczami, muchami itede.

Ponoć ostatni raz widziano dużego ‘ō‘ō w 1904 roku, ale ktoś coś kiedyś powiedział, że niby widział go jeszcze w roku 1981, czyli w sumie całkiem niedawno. Potem już nikt go nigdzie nie spotkał i stwierdzono, że jest to gatunek wymarły. A wymarły oczywiście przez ludzi, którzy wycięli gęste i wilgotne lasy, sprowadzili na wyspy drapieżniki i pozarażali wszystko chorobami. Biedny ‘ō‘ō nie miał już gdzie się schować, nie miał co jeść, był chory i dość agresywnie na niego polowano. Nie chciało mu się już nawet śpiewać, więc wziął i zniknął. Po cichu liczę jednak na to, że był sprytniejszy niż ludzie i po prostu bardzo dobrze się gdzieś zaszył, a teraz tylko czeka na moment, w którym to my staniemy się wymarłym gatunkiem, żeby znowu mógł sobie żyć w spokoju.  

A tak poza tym - istnieją dwie ciekawostki muzyczne związane z ‘ō‘ō. Jedna jest taka, że był sobie zespół, który nazwał się Mo-Ho-Bish-O-Pi, właśnie na cześć i chwałę tego gatunku. Na niewiele jednak im się to zdało, gdyż pograli niedługo i cała grupa rozpadła się w 2002 roku. Druga ciekawostka muzyczna jest taka, że pan John Zorn nagrał płytę "O'o", na cześć i chwałę wszystkich ‘ō‘ō. Płyta jest dość świetna, na tyle dość świetna, że przerobiłam ją już dwa razy do pisania tego posta (tak, te wypociny tworzy się spory kawał czasu, czasami nawet do 4 godzin, bo porządny research boli w lenistwo) i nawet daję tu do niej link.


Reliktowiec duży, Bishop's ʻōʻō, Moho bishopi.

Kruk zwyczajny

Od zeszłego tygodnia niewiele się zmieniło, wciąż mamy jesień, deszcz pada, wiatr wieje, słońce umarło. Skojarzenia rodzą się same. Jestem w...