czwartek, 20 września 2018

Aleksandretta obrożna

Ostatnio sporo dzieje się w świecie ptaków i chociaż nie piszę postów jakoś bardzo regularnie, to staram się przejrzeć wszystkie ptasie newsy, którymi zasypuje mnie fejsbuk. Pewnie wszyscy już słyszeli, że ara modra całkowicie wyginęła na wolności i jest to sprawa przykra, której poświęcę rekordowo długi tekst w niedalekiej już przyszłości.

Innym newsem internetowym jest nagła panika związana z pojawieniem się aleksandretty obrożnej w Polsce. Ponoć ta bezczelna i szalona papuga miała czelność zadomowić się w naszym kraju, z którego skutecznie wypłasza wszystkie małe szare ptaszki szaraczki nieboraczki. Ponoć wszyscy politycy zbierają się codziennie na wielogodzinne obrady, mające na celu rozwiązać tylko i wyłącznie ten problem. Ponoć zostały utworzone specjalne Grupy Do Spraw Likwidacji Populacji Aleksandretty Obrożnej w Polsce (GDSLPAOwP). Ponoć wprowadzono godzinę policyjną, ponieważ agresywne papugi polują na co słabszych przedstawicieli rasy ludzkiej po godzinie 22. Ponoć Elon Musk wysłał już dziesięć transportów na Marsa, gdzie planuje zostać królem całej ludzkości, bo na naszej planecie nie mamy już czego szukać.

To są faktyczne fakty.

Pomyślałam, że skoro już stoimy w obliczu zagłady i sytuacja wygląda, jak wygląda, to warto byłoby poznać odrobinę zwyczaje naszego śmiertelnego wroga.

Przed przejęciem władzy nad światem, aleksandretta obrożna żyła sobie na dziko w Afryce i na Półwyspie Indyjskim. W tych rejonach wyróżnia się cztery podgatunki tej papugi, z czego wszystkie aleksandretty indyjskie są większe niż ich afrykańscy krewni. Po jakimś czasie papuga ta stała się ulubieńcem hodowców ptaków, a poza tym introdukowano ją w wielu innych miejscach na świecie, no bo czemu nie.

Aleksandrettę po raz pierwszy opisał niejaki Giovanni Antonio Scopoli, który był włoskim przyrodnikiem. Znany był między innymi z tego, że kumplował się z niejakim Karolem Linneuszem, który też był przyrodnikiem, świetnym do tego stopnia, że pozwolił sobie napisać książkę, którą zatytułował Systema naturae per regna tria naturae, secundum classes, ordines, genera, species, cum characteribus, differentiis, synonymis, locis. Chłopaki nigdy się nie spotkali, ale tak się lubili, że nazywali po sobie rośliny i odstawiali inne podobne przyrodnicze numery. Takie były z nich śmieszki, ananasy i agregaty, że hej.

Aleksandretta żywi się rzeczami, z których dałoby się zrobić bardzo egzotyczne muesli. Zwykle są to jakieś nasiona, owoce, pączki kwiatów, kwiaty i orzechy. Papugi żyjące w dużych grupach mają słodki zwyczaj napadania na pobliskie uprawy i powodowania w ten sposób ogromnych zniszczeń. Ale można im to przecież wybaczyć, są takie zielone i urocze.

Nie są to ptaki monogamiczne, zwykle dobierają się w pary tylko na okres lęgów, a po odchowaniu potomstwa każde z rodziców idzie w swoją stronę. Zaloty u aleksandretty to wspaniała sprawa, bo obejmują między innymi samca rzygającego nadtrawionym pokarmem prosto do gardła samicy. Uważam, że to szalenie romantyczne.

Papugi te nie budują gniazd. W sumie to papugi w ogóle nie bardzo mają we krwi budownictwo. Lepiej im wychodzi niszczenie. Jaja składane są w dziupli, która na ogół jest dziuplą przejętą po innych ptakach. W Polsce aleksandretta woli mieszkać w mieście, a nie w lesie, więc znalezienie domu sprawia jej spore trudności. Z tego powodu rzeczywiście może się zdarzyć, że wyrzuca mieszkańców dziupli na bruk i przejmuje ją z myślą o godnym bycie własnej rodziny. No ale litości, wszystkie normalne ptaki zrobiłyby dokładnie to samo na jej miejscu. Ja na pewno zrobiłabym to samo na jej miejscu. W myśl okrutnej zasady: kto silniejszy, ten lepszy. Znane i lubiane "kto pierwszy, ten lepszy" zupełnie się tu nie sprawdza.

Lepiej mieć jakiś dystans do absurdów wypisywanych w głupich internetowych artykułach, żeby nie popadać w bezsensowną panikę. Zupełnie nie zapowiada się, żeby nasze polskie wróbelki elemelki i inne sikorki miały z jakiegoś powodu czuć się śmiertelnie zagrożone przez aleksandrettę. Do tej pory sama żadnej papugi w mieście nie widziałam, a czasem nawet wychodzę z domu.

Wielu pewnie zapyta: ALE JAK TO, PRZECIEŻ TO JEST PAPUGA, A W POLSCE MAMY ZIMĘ SROGĄ PRZEZ TRZY CZWARTE ROKU, JAK ONA MOŻE ŻYĆ?

Może żyć, bo jest niewiarygodnie odporna na zmiany temperatury. Kiedy nasze polskie ptaki marzną na ośnieżonych drzewach i krzakach, aleksandretta nic sobie z tego nie robi. To trochę tak jak z tymi wrocławskimi żółwiami z fosy. Wszyscy się dziwią, że jak to możliwe, a żółwie są i lepiej im wychodzi rozmnażanie niż zamarzanie.

Aleksandretta obrożna, rose-ringed parakeet, Psittacula krameri. Fota z jakiejś ruskiej wikipedii.



poniedziałek, 3 września 2018

Pustułka zwyczajna

Od jakiegoś czasu oglądam z wielkim zapałem "Belfra", który jak na serial nakręcony w Polsce, nawet daje radę. Polskie seriale zwykle są po prostu złe, więc automatycznie uważam to dzieło za wybitnie wybitne. Tajemnicze morderstwa i pryszczata młodzież uwikłana w przeróżnego rodzaju intrygi, zmagająca się z huśtawką nastrojów i brakiem zrozumienia ze strony dorosłych - to zdecydowanie dobry temat na dziś.

Tak się składa, że dzisiaj mamy też rozpoczęcie roku szkolnego (dla niektórych najgorszy dzień w roku, HEHEHE), więc "Belfer" i dzieciaczki w galowych strojach, które rozbiegły się po całym Gaju, jakoś wpłynęły na to, że w mojej głowie powstało konkretne "klik" i pomysł na posta przyszedł sam.

Pustułka to ptak drapieżny, którego szczęśliwie możemy zaobserwować między innymi w Polsce. Żyje sobie w całej Europie, Azji i w Afryce. Istnieje kilkanaście podgatunków pustułki, które mogą się różnić między innymi preferencjami mieszkaniowymi i upierzeniem. Pustułki pojawiają się też w Ameryce Północnej czy innych zupełnie przypadkowych miejscach na całym świecie.

Żywią się tym, co upolują, a w polowaniu są niesamowicie dobre. W miastach polują na mniejsze ptaki, bo to łatwo dostępne pożywienie. Poza tym chętnie zajadają się gryzoniami i gadami, ale zdarza im się też przekąsić jakiegoś owada.

Łatwo je rozpoznać, bo są dość małe jak na ptaki drapieżne i wyglądają wyjątkowo uroczo jak na ptaki drapieżne. Mają wielkie czarne oczy, którymi niewinnie spoglądają w obiektywy aparatów i w ten sam sposób zaglądają pewnie w dusze swoich ofiar, zanim je zjedzą. W sensie zjedzą ofiary, pustułki nie żywią się duszami. W tych przepastnych oczyskach czai się więcej zainteresowania niż w oczach jakiegokolwiek szkolnego pedagoga. Gdybym miała stać się pożywieniem jakiegoś drapieżnika, to chciałabym bardzo, żeby pożarła mnie właśnie pustułka.

Pustułki średnio znoszą zimno, więc zdarza się, że w srogie zimy przenoszą się do cieplejszych miejsc. Młode ptaki odlatują do Afryki, a starsze ograniczają się na przykład do południa Europy. Żyją i polują zwykle w miejscach, które zapewniają im dobry widok na to, co się dzieje wokół. Jeśli jest gdzieś sobie łąka i na tej łące jest jakieś drzewo, to już jest to fajne miejsce do życia dla pustułki. Jak jest gdzieś sobie łąka i obok niej rośnie las, to jest to nawet bardzo fajne miejsce do życia dla pustułki. Jak jest gdzieś sobie miasto, takie jak Wrocław, i w tym mieście są jakieś wieże i dachy, to również jest to fajne miejsce do życia dla pustułki. W budynku filologii polskiej przy Nankiera jest całkiem fajne miejsce do życia dla pustułki.

Kiedy jeszcze spędzałam tam całkiem sporo czasu, bo przerwy między zajęciami bywały nieprzyzwoicie długie, odkryłam, że wewnętrzne podwórko zamieszkują ptaki drapieżne, a jeden młody ptak drapieżny biega w panice po krzakach. Ponieważ jestem rozsądnym i spokojnym obserwatorem ptasiego życia, od razu pobiegłam dwa piętra wyżej, żeby poinformować o tym koleżanki z grupy i zawlec je ze sobą na dół, po czym zaczęłyśmy bardzo ambitnie biedaka tropić, hasając za nim po krzakach. Młody nie umiał latać i drobił przed nami w popłochu niczym zestresowana kura. Bardzo chciałyśmy go uratować przed niechybną śmiercią z rąk innych studentów, ale na szczęście w którymś momencie ogarnęłyśmy, że on w sumie chyba ma tak biegać, bo milion metrów wyżej nawołuje do niego cała grupa dorosłych ptaków drapieżnych. Myślę, że to mogły być pustułki. I myślę, że nie ma co mieszać się do życia młodych ptaków.

A skoro przy życiu młodych ptaków jesteśmy, to czas już najwyższy przejść do meritum chaosu informacyjnego, jakim jest dzisiejszy post. Pustułki są w stanie gniazdować niemal wszędzie: na stromych klifach, na suchych drzewach, na przypadkowych skałach i na dachach budynków. Czasem przejmują cudze gniazda, czasem budują własne. Składają od 3 do 6 jajek, które samica wysiaduje przez miesiąc, a w tym czasie samiec przynosi jej pożywienie. Istna sielanka.

Następnie wykluwają się młode i tu cud narodzin przedstawia się jeszcze piękniej, ponieważ pustułki to ptaki, u których występuje tak zwany kainizm. Jest to wspaniałe zjawisko, które polega na tym, że silniejsze młode zabijają słabsze (często po prostu młodsze) rodzeństwo, bo nie chcą się dzielić jedzeniem. W tym przypadku najmłodsze rodzeństwo pełni fukcję zapasów pożywienia, na wypadek wystąpienia trudności z wykarmieniem wszystkich piskląt.

Rodzice młodych pustułek nie mają nic przeciwko tej gniazdowej krwawej masakrze, bo sami za dziecka również żywili się swoimi braćmi i siostrami, więc wiedzą jak to jest. W sumie nawet trochę faworyzują najstarsze pisklęta, bo od momentu wyklucia zainwestowali w nie najwięcej czasu i pieniędzy, a jedną z niewielu zasad świata zwierząt jest to, że mają przeżyć osobniki najsilniejsze, bo tylko wtedy gatunek ma szanse na przetrwanie. Gdyby ludzie tak robili, to prawdopodobnie w wieku czterech lat musiałabym zjeść mojego brata, bo do najbliższego sklepu mieliśmy mniej więcej 5 kilometrów. Na szczęście ludzkie młode raczej tak nie robią i zamiast tego wolą przez długie lata wykańczać młodsze rodzeństwo stosując regularną przemoc fizyczną i psychiczną, dopóki to młodsze rodzeństwo nie połapie się, że donoszenie o wszystkich rodzicom to jakaś opcja.

Sama nazwa ptaka przyszła do nas z Rosji, gdzie jakiś czas temu rosyjscy sokolnicy zirytowali się bardzo, bo nie potrafili wyszkolić pustułek w polowaniu na ptactwo. Stwierdzili, że pustułki są "pustoj", czyli puste i głupie jak nie wiadomo co i od tej pory pustułki to pustułki.

Pustułka jest pod ochroną, nie wolno na nią polować i nie wolno jej zjadać. Wolno wywieszać jej budkę, żeby tam sobie zakładała gniazdo, w którym młode pustułki będą mogły komfortowo pożerać się nawzajem.

Pustułka zwyczajna, common kestrel, Falco tinnunculus. Zdjęcie z Wikipedii albo czegoś tam.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Papużka żółtobrzucha

Wracając jakiś czas temu autobusem do domu, wyobraziłam sobie, jak mogło wyglądać nadawanie ptakom imion. Takie oficjalne zebranie osób, które wiedzą co i jak i mają się tym zająć:

- Dobrze, panowie i pani, mamy z głowy reliktowca, następny w kolejce jest ten dziwny ptak. Wiemy o nim tyle, że prawie nikt go nie widział, żyje w nocy i jest jedną z największych tajemnic kosmosu. Propozycje. Może Antek. Antku, jakieś propozycje?

- No nie wiem panie prezesie, może polecimy z angielskiego i będzie nocna papuga?

- Nie, nie. Zupełnie głupi pomysł. Całkowicie od rzeczy. Antku, wyjdź. Gosiu, jakiś pomysł?

- To może mroczny rycerz? Trochę epicko, ale jak to jest taka legenda, to mogłoby się sprawdzić.

- Hmm. No, jakkolwiek zazwyczaj przepadam za twoimi pomysłami, Gosiu, to nie. Nie ma takiej opcji. No to jeszcze Jarek nam został. Jarku, bardzo cię proszę, ratuj sytuację, bo nie wyjdziemy stąd do przyszłego tygodnia a mamy przed sobą jeszcze setki gatunków. Dajesz, Jarek.

- No to ja tak pomyślałem, że ona jest zielona.

- Tak, Jarku?

- No i ma żółty brzuch. 

- No, ma. 

- To może, no nie wiem, papużka żółtobrzucha?

I w ten właśnie sposób mistyczna nocna papuga została papużką żółtobrzuchą. Jak jakaś pierwsza lepsza byle papużka z byle łąki. Mniejsza o to jednak, bo nazwy ptaków będą mi pewnie spędzać sen z powiek przez następne 50 lat, a i tak nic z tym nie zrobię.

Papużka (chryste) żółtobrzucha mieszka sobie w Australii. Jak wszyscy dobrze wiemy, Australię zamieszkuje wiele przedziwnych stworzeń i to również jest przedziwne stworzenie, chociaż mało kto o nim słyszał. Dzisiaj będzie bardziej historycznie, bo o samym ptaku niewiele wiadomo, a historia jest przesuperciekawa.

Po raz pierwszy opisał ją w roku 1861 niejaki pan John Gould, który był ornitologiem. Zdarzyło mu się pracować z niejakim Charlesem Darwinem, który biegał bez ustanku po kamienistych wyspach i zbierał przeróżne gatunki ptaków. Potem przesyłał je do Goulda, który je dla Darwina identyfikował. Sam Charles nie bardzo miał głowę do takich błahostek, jak na przykład robienie szczegółowych zapisków dotyczących miejsca znalezienia gatunku, więc Gould miał przy tym kupę śmiechu i dobrej zabawy.


Jakiś czas później pewnie się wkurzył i postanowił wyjechać do Australii, gdzie spotkał naszego papugę. Na początku myślał, że papug jest bliskim krewnym kakapo, ale okazało się, że nie jest. Polska Wikipedia mówi, że Gould myślał, że papużka żółtobrzucha jest krewnym papużki ziemnej, ale to w sumie kłamstwo, bo to nie on tak myślał, tylko jego ziomek, który nazywał się James Murie i miał więcej racji niż sam Gould. Jak widać, nawet praca z Darwinem nie czyni nikogo nieomylnym.

Był to czas, w którym ludzie z Australii nieszczególnie przejmowali się rzadkimi gatunkami lub tym bardziej ich ochroną i po prostu robili swoje. Od czasu do czasu wpadał jakiś badacz, badał co miał zbadać i wyjeżdżał cały dumny jak paw, że pobadał. Poza tym masowo zjeżdżali Europejczycy, którzy jak zwykle nazwozili ze sobą kotów, psów i nie wiadomo czego. Zaczęło się to wszystko panoszyć jak u siebie i nagle papużka żółtobrzucha zniknęła całkowicie. Nikt jej nie widywał, więc ustalono, że niestety wyginęła. Ornitologom było trochę przykro, ale wkrótce zapomnieli o sprawie, bo przecież codziennie coś gdzieś wymiera na śmierć. Ostatni okaz został znaleziony w roku 1912, a potem długo nic się nie działo.

Pan Dick Smith (założyciel Australian Geographic) był jednak tak zdesperowany w kwestii poszukiwania gatunku, że w roku 1989 ogłosił, że znalazca żywej lub martwej papugi otrzyma od niego 25 tysięcy dolarów nagrody. Bardzo niespodziankowo musieli się w związku z tym czuć ornitolodzy, którzy w roku 1990 znaleźli truchło papużki żółtobrzuchej na drodze. No i nagrodę otrzymali.

Na kolejne doniesienia o istnieniu papugi trzeba było czekać, ale ponoć widziano 3 żywe osobniki w roku 2005 w Australii Zachodniej, a potem jedną martwą samicę w roku 2006. Nie te jednak zdarzenia, a właśnie znalezisko z 1990 roku, zainspirowały pana Johna Younga do podjęcia ambitnych poszukiwań papużki żółtobrzuchej, na które poświęcił całe 15 lat swojego życia.

Pewnie jedni myśleli, że koleś oszalał. Inni z kolei mogli również myśleć, że oszalał. Tak czy inaczej, robił swoje i szaleństwo się opłaciło. Na początku nie bardzo wiedział, od czego zacząć, więc tak naprawdę przemierzał Australię wzdłuż i wszerz opierając się na szczątkowych informacjach dotyczących zwyczajów papugi. W roku 2008 usłyszał w nocy dziwne dźwięki, które prawdopodobnie wydawały papużki żółtobrzuche, nie mógł jednak od razu tego stwierdzić, bo nigdy wcześniej ich nie słyszał i nie miał za bardzo porównania. Przez kolejne 5 lat poszukiwania trwały, aż w końcu w roku 2013 Young nie tylko zobaczył papużkę żółtobrzuchą, ale też zrobił całą dokumentację fotograficzną i zawiózł znalezione pióro na badanie, które miało stwierdzić, czy należało ono do poszukiwanej papugi. Należało i wszyscy ornitolodzy świata zzielenieli z zazdrości.

John Young z piórem papuga nocnego.
Władze Australii nie były obojętne na ten czyn i w mgnieniu okaz powstał ogromny sekretny rezerwat, w którym o dobro papużek żółtobrzuchych dba tak zwany Night Parrot Recovery Team.

Papugowy dream team w pracy. Zdjęcie z Bush Heritage Australia
Miesiąc po odkryciu Younga, inna grupa ornitologów trafiła na kolejną populację papużek żółtobrzchych w zupełnie innym miejscu. Przewodzący jej pan Nigel Jackett, na swoje poszukiwania przeznaczył 7 lat, ale zbierał informacje trochę lepiej niż pan Young i wydedukował, że papużki lubią żyć w bardzo wysuszonych trawach Australii (takich jak na zdjęciach powyżej). No i że w ogóle lubią żyć w warunkach nienadających się do życia. I jak wydedukował, tak postanowił i poprowadził ekipę w trawy, gdzie papużkę od razu znalazł.

Jak się okazuje, papużki żółtobrzuche nie bardzo lubiły towarzystwo przyprowadzonych przez ludzi drapieżników i nie bardzo lubiły płonąć w pożarach. Nie bardzo też lubiły swoich ludzkich sąsiadów i nie odpowiadał im wieczny hałas cywilizacji, więc postanowiły spróbować szczęścia przenosząc się w najbardziej nieprzyjazne rejony Australii. Zamieszkały w starożytnych trawach (z których niektóre kępy mają nawet po 100 lat), gdzie żywią się nasionami i wychodzą na świat wyłącznie w nocy. Ich największymi sprzymierzeńcami okazały się psy dingo, które regularnie polowały na okoliczne koty. W związku z tym, władze sekretnego parku postanowiły nie wyganiać ani nie wybijać dingo, żeby dalej pomagały w zachowaniu papug przy życiu. Aktualnie w całej Australii żyje sobie mniej więcej 100 papużek żółtobrzuchych, ale wciąż się bardzo dobrze ukrywają.

Papużka żółtobrzucha, night parrot, nocturnal ground parakeet, midnight cockatoo, night parakeet, Pezoporus occidentalis. Zdjęcie z: nightparrot.com.au

To jedzą papużki. Zdjęcie z: nightparrot.com.au
Jak widać, historia nie jest jakoś bardzo dramatyczna. Z ciekawostek:

1. Jest książka, która wygląda o tak.



2. W Australii istnieje Night Parrot Wine Bar, który zbiera bardzo skrajne opinie, ale za to mają fajny obrazek w profilowym na fejsbuku:






poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Bishop's ʻōʻō

Wyjątkowo w tytule umieszczam nazwę angielską, ponieważ gardzę nazwą polską. W naszym języku ptak ten nazywa się RELIKTOWIEC DUŻY. Brzmi to porażająco, przerażająco i bardzo naukowo. Bishop's ‘ō‘ō przedstawia się sympatyczniej.

Powiem tylko od razu, że ‘ō‘ō to ptak wymarły. Żeby nie było niejasności czy coś.

Post będzie o dużym ‘ō‘ō, ale warto wiedzieć, że jest to ptak z rodzaju Moho, a samych ptaków z rodzaju Moho było więcej niż jeden, bo istniał jeszcze Oʻahu ʻōʻō (reliktowiec leśny), Hawaiʻi ʻōʻō (reliktowiec górski) i Kauaʻi ʻōʻō (reliktowiec mały). W sumie to one wszystkie miały wiele wspólnego, więc pisząc o jednym, piszę o wszystkich (nie, tak naprawdę jestem obrzydliwym leniem). No a teraz wszystkie mają tyle wspólnego, że są wymarłe na śmierć. Wszystkie bez wyjątku.

Były to ptaki endemiczne na Wyspach Hawajskich, co oznacza, że można je było spotkać wyłącznie na Wyspach Hawajskich. Najpierw przez długi czas uważano je za miodojady, ale jak to w świecie ptaków bywa, jakiś czas później przypisano je do innych rodzin. Nie były zatem miodojadami.

Wróćmy jednak do naszego konkretnego Bishop's ‘ō‘ō. Gatunek ten odkrył pan Henry Palmer, który najwyraźniej nie był na tyle ważną postacią w historii czegokolwiek, żeby zasłużyć na swoją własną stronę w Wikipedii. Wspomniany pan Henry zbierał jednak różne okazy fauny i flory dla pana Waltera Rothschilda, który z kolei był arystokratą. Pan Walter był arystokratą, ale nie było to jego główne hobby, ponieważ był również zapalonym entuzjastą wszystkiego, co związane z przyrodą. Bardzo interesował się gatunkami wymarłymi i wymierającymi, w związku z czym napisał "Extinct Birds" i była to pierwsza ever ever ever książka o wymierających ptakach.

Pan Henry ogarnął, że istnieje ptak, którego jeszcze nie widział, pokazał go panu Walterowi, który się zachwycił i nazwał nowy okaz Bishop's ‘ō‘ō po panu Charlesie Bishopie, który był takim jakby Elonem Muskiem tamtych czasów i w dodatku na Hawajach.

U dużego ‘ō‘ō nie występował dymorfizm płciowy, co oznacza, że zarówno samce, jak i samice były upierzone identycznie. Ptaki te posiadały pióra czarne, ale mateczka natura upiększyła je znacznie, dodając im tu i ówdzie trochę piór żółtych, przez co wyglądały niezwykle hawajsko i miło dla oka. Na tyle miło, że Hawajczycy lubili na ‘ō‘ō zapolować, żeby powyrywać mu pióra i zrobić sobie z nich ozdoby.

Ten konkretny gatunek występował wyłącznie na Maui i Moloka'i, gdzie lubił przesiadywać w bardzo gęstych i wilgotnych lasach, bo był nieśmiały i nie lubił towarzystwa. Trudno stwierdzić, co ‘ō‘ō lubił jeść najbardziej, bo żywił się w sumie wszystkim: nektarem, robakami, owocami, różnymi małymi zwierzętami niepodobnymi do niczego, muszlami, chrząszczami, muchami itede.

Ponoć ostatni raz widziano dużego ‘ō‘ō w 1904 roku, ale ktoś coś kiedyś powiedział, że niby widział go jeszcze w roku 1981, czyli w sumie całkiem niedawno. Potem już nikt go nigdzie nie spotkał i stwierdzono, że jest to gatunek wymarły. A wymarły oczywiście przez ludzi, którzy wycięli gęste i wilgotne lasy, sprowadzili na wyspy drapieżniki i pozarażali wszystko chorobami. Biedny ‘ō‘ō nie miał już gdzie się schować, nie miał co jeść, był chory i dość agresywnie na niego polowano. Nie chciało mu się już nawet śpiewać, więc wziął i zniknął. Po cichu liczę jednak na to, że był sprytniejszy niż ludzie i po prostu bardzo dobrze się gdzieś zaszył, a teraz tylko czeka na moment, w którym to my staniemy się wymarłym gatunkiem, żeby znowu mógł sobie żyć w spokoju.  

A tak poza tym - istnieją dwie ciekawostki muzyczne związane z ‘ō‘ō. Jedna jest taka, że był sobie zespół, który nazwał się Mo-Ho-Bish-O-Pi, właśnie na cześć i chwałę tego gatunku. Na niewiele jednak im się to zdało, gdyż pograli niedługo i cała grupa rozpadła się w 2002 roku. Druga ciekawostka muzyczna jest taka, że pan John Zorn nagrał płytę "O'o", na cześć i chwałę wszystkich ‘ō‘ō. Płyta jest dość świetna, na tyle dość świetna, że przerobiłam ją już dwa razy do pisania tego posta (tak, te wypociny tworzy się spory kawał czasu, czasami nawet do 4 godzin, bo porządny research boli w lenistwo) i nawet daję tu do niej link.


Reliktowiec duży, Bishop's ʻōʻō, Moho bishopi.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Raniuszek

Raniuszki są zbyt słodkie, by móc spokojnie obserwować je na żywo lub nawet oglądać na zdjęciach w internecie. Zapomnijcie o małych kotkach i pieskach, zapomnijcie o małych gołębiach przypominających niedorozwinięte dinozaury, zapomnijcie o pomarszczonych i łysych ludzkich młodych. Pod względem rozkosznej uroczości żadna z tych rzeczy nie ma szans z raniuszkami.

Istnieje kilkanaście podgatunków raniuszka na świecie, ale w Polsce zobaczyć można tylko raniuszka zwyczajnego (z białą głową) i raniuszka czarnobrewego (który ma czarne brwi). Wszystkie raniuszki występują wyłącznie w Europie, Azji i w północnej Afryce. W naszym pięknym kraju nie jest to ptak jakoś specjalnie liczny, czasem jest go więcej, czasem mniej, różnie to bywa.

Raniuszek po raz pierwszy został opisany w 1758 roku przez pewnego szwedzkiego entuzjastę przyrody, Carla Linnaeusa. Carl napisał cykl książek, które zatytułował "Systema Naturae", bo jak jest się wielkim entuzjastą przyrody, to między innymi tak tytułuje się swoje dzieła. Raniuszek znalazł się pod hasłem Parus caudatus, gdzie caudatus miało się odnosić do długiego raniuszkowego ogona. Nazwa ta była jednak używana już wcześniej przez innych entuzjastów, więc nie stało się to dla nikogo jakimś szczególnym powodem do zdziwienia. Potem wydarzyło się bardzo dużo rzeczy związanych ze zmianami nazw gatunkowych i podgatunkowych, zapanował pewien rozgardiasz, później został opanowany i teraz raniuszek zwyczajny to Aegithalos, a nie Parus i wszyscy musimy się z tym pogodzić.

Ptak ten uwielbia wszelkiego rodzaju krzaki i drzewa. Może się w nich schować, może wybudować gniazdo i może najeść się do syta. Te cudacznie milutkie kuleczki bieli z oczami są jednak bardzo słabowite, bo są tylko kuleczkami i nie potrafią zjeść twardych przedmiotów. Zamarznięte owoce lub nasiona? Odpada. Raniuszek prędzej umrze z głodu, niż pożywi się czymś takim. W związku z tym raniuszki żywią się tylko miękkimi owadami i larwami lub owocami, które jeszcze nie zdążyły zamarznąć. Zimy w Polsce bywają jednak srogie i w tym okresie puchate i nieporadne maleństwa przeważnie głodują.

Na szczęście raniuszki są całkiem towarzyskie i takie życie w ptasich gildiach daje im niemałe bonusy do życia. Zimą zbierają się w większe grupy i razem poszukują pożywienia. Gdy zapada mroźny zmierzch, siadają razem na jednej gałęzi i tulą się do siebie jak jakieś przedziwne kłębki wełny z ogonkami.

Najciekawszy jest jednak u raniuszków okres lęgowy. Po zimie nadchodzi wiosna, robi się cieplej i nie ma już potrzeby życia w dużej grupie, więc rozpada się ona na kilka mniejszych podgrupek. Część raniuszków zakłada gniazda i składa jajka, część tego nie robi. Raniuszki od zarania dziejów (z racji swojej słabowitości) mają ogromny problem z zagrożeniami i jakąkolwiek samoobroną, dlatego ptaki, które nie zakładają gniazd, otrzymują rolę pomocników. Ich zadaniem jest zapewnienie jakiegokolwiek wsparcia przy wychowywaniu potomstwa. Jednocześnie uczą się, jak wygląda takie życie rodzinne i w przyszłości są bardziej ogarnięte. Dobrze sobie to wszystko przemyślały w te mroźne zimowe noce na zamarzniętej gałęzi.

W Polsce raniuszek objęty jest ochroną i nie wolno go zjadać, nawet gdyby bardzo się miało ochotę, bo to taka milusia kulka roztrzepania, która aż się prosi o zmiażdżenie cegłą. Nie wolno tak robić. Ktoś tak powiedział i nie wolno.

We Wrocławiu nie widziałam raniuszków nigdy, ale spotkałam je raz na rynku w Sobótce. Siedziały sobie na małym puchatym drzewku i patrzyły.

Raniuszek, Aegithalos caudatus. Zdjęcie nie jest moje, zabrałam je sobie z wikipedii albo z flickra, kto to wie.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kiwi

Kiedy nie wiem o czym dokładnie chcę napisać, to sprawdzam co jeszcze żyje w Nowej Zelandii i ten sposób jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Nowa Zelandia to prawdopodobnie najbardziej szalone miejsce na świecie.

Dzisiaj będzie o kiwi. Jest to ptak, o którym wszyscy wiedzą, że jest, ale mało kto się nim interesuje. Kiwi jest nielotem i ta informacja jest bardzo istotna, bo nieloty mają najwyższy poziom trudności w życie. Z tego powodu często muszą sobie radzić z rzeczami inaczej niż ptaki latające. Ptaki latające mogą sobie po prostu przefrunąć z jednego końca wyspy na drugi i w ten sposób pozbywają się problemów, kiwi natomiast musiałoby tam sobie podreptać.

Nie wiadomo skąd dokładnie wzięła się nazwa dla kiwi. Prawdopodobnie od nawoływania kiwowych samic przez kiwowywch samców, a samo nawoływanie - jak można się domyślić - brzmi jak coś w stylu "kii-wiii", ale to nic pewnego.

Wyróżnia się pięć gatunków kiwi: kiwi plamisty, kiwi mały, kiwi szary, kiwi brunatny i kiwi Mantella. Jak widać, cztery z pięciu nazw kiwi pochodzą od jego wyglądu (bardzo twórcze), a jedna pochodzi od nie wiadomo czego. Żaden Mantell, Mantello, ani Mantelli nie odkrył kiwi Mantella. Kiwi Mantella (lub inaczej kiwi północny) opisał niejaki Abraham Dee Bartlett. Koleś był jednym z ludzi, którzy jako pierwsi zrekonstruowali szczątki dronta dodo w taki sposób, żeby dało się zobaczyć, jak dokładnie dodo wyglądało. To pewnie dlatego, że był Anglikiem, a nie Duńczykiem (o niechęci Duńczyków do wszystkiego co piękne wiemy z TEGO POSTA).

Wszystkie gatunki kiwi różnią się od siebie w jakiś sposób. Kiwi plamisty jest największy i składa wyłącznie jedno jajo, które wysiaduje oboje rodziców. Kiwi mały jest mały i trochę sobie nie radzi, bo z racji swojej rozkosznej małości jest najłatwiejszym łupem dla drapieżników (składa jedno jajo, ale wysiaduje je tylko samiec). Kiwi szary również jest mały, ale składa trzy jaja. Kiwi Mantella jest brązowy i prawie tak duży, jak plamisty (dwa jaja, które wysiaduje samiec).

Na szczęście różnic pomiędzy gatunkami kiwowymi dużo nie ma, bo musiałabym je wszystkie opisać i nikomu nie chciałoby się tego czytać. Jest natomiast sporo rzeczy, które je wszystkie łączą. Najważniejsza informacja jest taka, że kiwi żyje wyłącznie w Nowej Zelandii. W pięknej krainie zamieszkałej przez stwory takie jak kea, kakapo i owce.

Kiwi w sumie prawie nie ma skrzydeł, zostały mu z nich tylko smutne resztki, których raczej nie używa. Ma w zwyczaju przytulać się do jednego ze skrzydeł kiedy śpi i to tyle. Ciało kiwi pokryte jest piórami, które do złudzenia przypominają włosy. W ogóle kiwi do złudzenia przypomina ssaka. W przeciwieństwie do innych ptaków, które mają szkielet ptasi, bo ich kości są lekkie i puste w środku, kiwi zbudowany jest z kości grubych, ciężkich i po brzegi wypełnionych szpikiem. Kiwi nie ma też ogona, ale został wyposażony w bardzo silne nogi, które pozwalają mu szybko i bezszelestnie biegać, a także bić się z innymi kiwi. Dziób ma kiwi długi z nozdrzami umiejscowionymi na jego końcu. Dzięki temu sprawnie wywąchuje żywność ukrywającą się w ściółce (robactwo, płazy, nasiona, owoce, takie tam). Poza tym kiwi jest praktycznie ślepy i prowadzi nocny tryb życia. Ma za to tak dobry słuch i węch, że oczy nie są mu do niczego potrzebne. No i ma najniższą temperaturę ciała wśród ptaków.

Kiwi nie zakładają gniazd na drzewach ani nawet na ziemi. Żyją w norach wykopanych własnonożnie lub opuszczonych przez inne zwierzęta. Są bardzo wstydliwe, dlatego spędzają w nich sporo czasu, zwłaszcza w dzień. Bo śpią. W nocy natomiast szaleją jak szalone. Żyją przeważnie w związkach monogamicznych (przez dwadzieścia lat!) i w okresie godowym składają sobie wizyty w norach.

Co ciekawe, samice kiwi zostały wyposażone w funkcjonujące jajniki. Jajo kiwi stanowi 1/4 wielkości samicy i jest to największe jajo składane przez ptaka, jeśli chodzi o stosunek wielkości ciała do wielkości jaja. Okres noszenia jaja trwa mniej więcej miesiąc i w tym czasie samica je nawet trzy razy więcej niż zwykle. Pod koniec jajo zajmuje już tyle miejsca, że biedaczka zmuszona jest głodować, ponieważ jej żołądek zostaje trochę zgnieciony. Jak można się łatwo domyślić, złożenie takiego jaja to nic przyjemnego, dlatego kiwowe kobiety preferują porody kałużowe, czyli po prostu moczą kupry w wodzie i to im jakoś pomaga na ból życia. W ciągu całego życia są w stanie złożyć nawet sto takich jaj.

Pisklęta wychowywane są różnie, w zależności od tego, do którego gatunku należą. Niektóre zostają porzucone przez rodziców, innymi zajmuje się sam ojciec lub oboje rodziców. Zupełnie jak u ludzi. Dość szybko stają się samodzielne i zaczynają realizować swój kiwowy nowozelandzki sen.

Niestety, jak to już w Nowej Zelandii bywa, kiwi jest kolejnym z gatunków zagrożonych wyginięciem. Populacja wszystkich gatunków zmniejsza się o 6% każdego roku i w żadnym wypadku nie jest to wina środowiska naturalnego. Nowozelandczycy ostro pokpili sprawę, kiedy jakiś czas temu zaczęli sprowadzać na wyspę psy, koty i łasice, których zadaniem było wybić zbyt rozwiniętą populację królików. Nikt jednak wtedy nie pomyślał, że to może nie być najlepszy pomysł ever i o ile królicza sytuacja została opanowana, to mocno straciła na tym reszta endemicznych gatunków Nowej Zelandii, w tym kiwi. Niby teraz coś tam próbują odratowywać, ale trudno stwierdzić co im z tego wyjdzie. Kiwi jest najstarszym i najdłużej żyjącym gatunkiem ptaka na tej planecie, a wyginie za kilka lat tylko dlatego, że komuś kiedyś nie chciało się strzelać do królików.

Zdarzają się też białe kiwi. Kiwi, Apteryx. Fota z www.newzealand.com






wtorek, 10 lipca 2018

Jerzyk

Do napisania posta na temat jerzyka zbierałam się dobre kilka lat, bo to ptak wymagający poświęcenia mu sporej uwagi i nie chciałabym potraktować go byle jak.

Wyróżnia się dwa podgatunki jerzyka - jeden żyje wyłącznie w Azji i Afryce (Apus apus pekinensis), drugi bywa w Polsce (Apus apus apus). Dzisiaj mowa będzie o tym drugim, bo mam do niego zdecydowanie bliżej. Jerzyka można spotkać w całej Polsce, chociaż najczęściej bywa w miastach, bo zabudowania stworzone przez człowieka są dla niego gwarancją odnalezienia dachu nad jerzykową głowę. Nie żeby jerzyk był jakimś ptasim menelem (GOŁĘBIE), taki po prostu z niego wygodnicki włóczykij. Podobnie jak muminkowy Włóczykij, jerzyk porzuca życie w Europie na czas zimy i odlatuje do Afryki (jeśli chodzi o Włóczykija, to nie mam pojęcia dokąd on dokładnie wędrował, ale do teraz uważam go za największe ciacho w historii dobranocek).

Jerzyka łatwo pomylić z jaskółką, ponieważ wygląda podobnie i spędza większość swojego czasu na oblatywaniu niebios z każdej strony po tysiąc razy. Różnica jest taka, że jerzyk prawie nie macha skrzydłami, bo to podniebny surfer stworzony do wykorzystywania przeróżnych prądów powietrznych. Jest to jeden z najszybszych ptaków Europy. Niektórzy twierdzą, że najszybszy, ale w sumie nie tak znowu łatwo jest to sprawdzić. Trzeba by wziąć jakiegoś jerzyka, który pracuje jako zawodowy sprinter i przyczepić mu ustrojstwo, które byłoby w stanie zmierzyć prędkość jego lotu. Tak to widzę. Ale ja się nie znam na ptakach.

Jerzyki są szalenie towarzyskie i uwielbiają latać w koloniach. Coś tam do siebie nawołują, popisują się i razem polują na owady. Najbardziej aktywne w tej kwestii są oczywiście ptaki młode, które dopiero co wyszły z gniazda i nauczyły się latać. Taki trudny okres dojrzewania w locie.

Nie stanowi dla jerzyka żadnego problemu spędzenie w bezustannym locie nawet trzech lat. Serio. Jerzyk lata trzy lata. I w tym locie robi wszystko: spożywa owady, pije deszcz, śpi, wychodzi z ziomkami na piwo, wyrywa dupeczki, chodzi na siłownię, pisze książki itd. Jedyne czego jerzyk nie robi w locie to zakładanie gniazda i wychowywanie potomstwa. Ciężko jest raczej złożyć w gnieździe jajka, zupełnie się przy tym w nim nie znajdując. Jak już jerzyk te jajka wysiedzi i coś się z nich wykluje, to znowu zaczyna latać, bo przecież młode trzeba jakoś wykarmić.

Ciekawą sprawą jest, że ptak ten ma mocno dziwaczne ptasie stopy, ponieważ wszystkie jego palce są skierowane do przodu. Z tego powodu jerzyki mają niemałe problemy z lądowaniem na ziemi i z chodzeniem po ziemi. Raczej się po niej turlają i czołgają, co stanowi śmieszny widok. Potrafią się za to świetnie wspinać po pionowych powierzchniach, czego pozostałe ptaki mogą im tylko pozazdrościć.

Młode, których rodzice nie ogarniają podstawowych zasad rodzicielstwa albo są po prostu biedni, czasem zostają porzucone. W tym miejscu pewnie spodziewaliście się kolejnego krwawego opisu śmierci pisklaczków, ale nic z tych rzeczy! Jerzykowe potomstwo nie jest w ciemię bite i od pierwszych dni życia potrafi o siebie świetnie zadbać. Gdy rodzic odlatuje na dłużej niż zwykle, a pożywienia brak, małe jerzyki zapadają w stan zwany hibernacją. Znacznie obniżają temperaturę ciała, a co za tym idzie - zmniejsza się metabolizm. W ten sposób potrafią przetrwać nawet kilkanaście dni, w ciągu których jerzykowy rodzic zazwyczaj powraca z pysznymi komarami w dziobie.

W Polsce jerzyki są objęte ścisłą ochroną. Sporo z nich ginie tragicznie, bo są zamurowywane żywcem w swoich gniazdach podczas remontów i innych wydarzeń związanych z przebudową dachów i budynków. Nawet jeśli uda im się uciec, to nie bardzo mają potem do czego wracać i jest im przykro. I wtedy mają depresję i już nie chcą gniazdować i umierają w końcu smutne i samotne. Wniosek z tego jeden - ludzie nie mogą robić remontów. Już nigdy.

Jerzyk, Apus apus. Ator zdjęcia: Maciej Szymański - więcej zdjęć autora TUTAJ






Aleksandretta obrożna

Ostatnio sporo dzieje się w świecie ptaków i chociaż nie piszę postów jakoś bardzo regularnie, to staram się przejrzeć wszystkie ptasie news...