poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Raniuszek

Raniuszki są zbyt słodkie, by móc spokojnie obserwować je na żywo lub nawet oglądać na zdjęciach w internecie. Zapomnijcie o małych kotkach i pieskach, zapomnijcie o małych gołębiach przypominających niedorozwinięte dinozaury, zapomnijcie o pomarszczonych i łysych ludzkich młodych. Pod względem rozkosznej uroczości żadna z tych rzeczy nie ma szans z raniuszkami.

Istnieje kilkanaście podgatunków raniuszka na świecie, ale w Polsce zobaczyć można tylko raniuszka zwyczajnego (z białą głową) i raniuszka czarnobrewego (który ma czarne brwi). Wszystkie raniuszki występują wyłącznie w Europie, Azji i w północnej Afryce. W naszym pięknym kraju nie jest to ptak jakoś specjalnie liczny, czasem jest go więcej, czasem mniej, różnie to bywa.

Raniuszek po raz pierwszy został opisany w 1758 roku przez pewnego szwedzkiego entuzjastę przyrody, Carla Linnaeusa. Carl napisał cykl książek, które zatytułował "Systema Naturae", bo jak jest się wielkim entuzjastą przyrody, to między innymi tak tytułuje się swoje dzieła. Raniuszek znalazł się pod hasłem Parus caudatus, gdzie caudatus miało się odnosić do długiego raniuszkowego ogona. Nazwa ta była jednak używana już wcześniej przez innych entuzjastów, więc nie stało się to dla nikogo jakimś szczególnym powodem do zdziwienia. Potem wydarzyło się bardzo dużo rzeczy związanych ze zmianami nazw gatunkowych i podgatunkowych, zapanował pewien rozgardiasz, później został opanowany i teraz raniuszek zwyczajny to Aegithalos, a nie Parus i wszyscy musimy się z tym pogodzić.

Ptak ten uwielbia wszelkiego rodzaju krzaki i drzewa. Może się w nich schować, może wybudować gniazdo i może najeść się do syta. Te cudacznie milutkie kuleczki bieli z oczami są jednak bardzo słabowite, bo są tylko kuleczkami i nie potrafią zjeść twardych przedmiotów. Zamarznięte owoce lub nasiona? Odpada. Raniuszek prędzej umrze z głodu, niż pożywi się czymś takim. W związku z tym raniuszki żywią się tylko miękkimi owadami i larwami lub owocami, które jeszcze nie zdążyły zamarznąć. Zimy w Polsce bywają jednak srogie i w tym okresie puchate i nieporadne maleństwa przeważnie głodują.

Na szczęście raniuszki są całkiem towarzyskie i takie życie w ptasich gildiach daje im niemałe bonusy do życia. Zimą zbierają się w większe grupy i razem poszukują pożywienia. Gdy zapada mroźny zmierzch, siadają razem na jednej gałęzi i tulą się do siebie jak jakieś przedziwne kłębki wełny z ogonkami.

Najciekawszy jest jednak u raniuszków okres lęgowy. Po zimie nadchodzi wiosna, robi się cieplej i nie ma już potrzeby życia w dużej grupie, więc rozpada się ona na kilka mniejszych podgrupek. Część raniuszków zakłada gniazda i składa jajka, część tego nie robi. Raniuszki od zarania dziejów (z racji swojej słabowitości) mają ogromny problem z zagrożeniami i jakąkolwiek samoobroną, dlatego ptaki, które nie zakładają gniazd, otrzymują rolę pomocników. Ich zadaniem jest zapewnienie jakiegokolwiek wsparcia przy wychowywaniu potomstwa. Jednocześnie uczą się, jak wygląda takie życie rodzinne i w przyszłości są bardziej ogarnięte. Dobrze sobie to wszystko przemyślały w te mroźne zimowe noce na zamarzniętej gałęzi.

W Polsce raniuszek objęty jest ochroną i nie wolno go zjadać, nawet gdyby bardzo się miało ochotę, bo to taka milusia kulka roztrzepania, która aż się prosi o zmiażdżenie cegłą. Nie wolno tak robić. Ktoś tak powiedział i nie wolno.

We Wrocławiu nie widziałam raniuszków nigdy, ale spotkałam je raz na rynku w Sobótce. Siedziały sobie na małym puchatym drzewku i patrzyły.

Raniuszek, Aegithalos caudatus. Zdjęcie nie jest moje, zabrałam je sobie z wikipedii albo z flickra, kto to wie.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kiwi

Kiedy nie wiem o czym dokładnie chcę napisać, to sprawdzam co jeszcze żyje w Nowej Zelandii i ten sposób jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Nowa Zelandia to prawdopodobnie najbardziej szalone miejsce na świecie.

Dzisiaj będzie o kiwi. Jest to ptak, o którym wszyscy wiedzą, że jest, ale mało kto się nim interesuje. Kiwi jest nielotem i ta informacja jest bardzo istotna, bo nieloty mają najwyższy poziom trudności w życie. Z tego powodu często muszą sobie radzić z rzeczami inaczej niż ptaki latające. Ptaki latające mogą sobie po prostu przefrunąć z jednego końca wyspy na drugi i w ten sposób pozbywają się problemów, kiwi natomiast musiałoby tam sobie podreptać.

Nie wiadomo skąd dokładnie wzięła się nazwa dla kiwi. Prawdopodobnie od nawoływania kiwowych samic przez kiwowywch samców, a samo nawoływanie - jak można się domyślić - brzmi jak coś w stylu "kii-wiii", ale to nic pewnego.

Wyróżnia się pięć gatunków kiwi: kiwi plamisty, kiwi mały, kiwi szary, kiwi brunatny i kiwi Mantella. Jak widać, cztery z pięciu nazw kiwi pochodzą od jego wyglądu (bardzo twórcze), a jedna pochodzi od nie wiadomo czego. Żaden Mantell, Mantello, ani Mantelli nie odkrył kiwi Mantella. Kiwi Mantella (lub inaczej kiwi północny) opisał niejaki Abraham Dee Bartlett. Koleś był jednym z ludzi, którzy jako pierwsi zrekonstruowali szczątki dronta dodo w taki sposób, żeby dało się zobaczyć, jak dokładnie dodo wyglądało. To pewnie dlatego, że był Anglikiem, a nie Duńczykiem (o niechęci Duńczyków do wszystkiego co piękne wiemy z TEGO POSTA).

Wszystkie gatunki kiwi różnią się od siebie w jakiś sposób. Kiwi plamisty jest największy i składa wyłącznie jedno jajo, które wysiaduje oboje rodziców. Kiwi mały jest mały i trochę sobie nie radzi, bo z racji swojej rozkosznej małości jest najłatwiejszym łupem dla drapieżników (składa jedno jajo, ale wysiaduje je tylko samiec). Kiwi szary również jest mały, ale składa trzy jaja. Kiwi Mantella jest brązowy i prawie tak duży, jak plamisty (dwa jaja, które wysiaduje samiec).

Na szczęście różnic pomiędzy gatunkami kiwowymi dużo nie ma, bo musiałabym je wszystkie opisać i nikomu nie chciałoby się tego czytać. Jest natomiast sporo rzeczy, które je wszystkie łączą. Najważniejsza informacja jest taka, że kiwi żyje wyłącznie w Nowej Zelandii. W pięknej krainie zamieszkałej przez stwory takie jak kea, kakapo i owce.

Kiwi w sumie prawie nie ma skrzydeł, zostały mu z nich tylko smutne resztki, których raczej nie używa. Ma w zwyczaju przytulać się do jednego ze skrzydeł kiedy śpi i to tyle. Ciało kiwi pokryte jest piórami, które do złudzenia przypominają włosy. W ogóle kiwi do złudzenia przypomina ssaka. W przeciwieństwie do innych ptaków, które mają szkielet ptasi, bo ich kości są lekkie i puste w środku, kiwi zbudowany jest z kości grubych, ciężkich i po brzegi wypełnionych szpikiem. Kiwi nie ma też ogona, ale został wyposażony w bardzo silne nogi, które pozwalają mu szybko i bezszelestnie biegać, a także bić się z innymi kiwi. Dziób ma kiwi długi z nozdrzami umiejscowionymi na jego końcu. Dzięki temu sprawnie wywąchuje żywność ukrywającą się w ściółce (robactwo, płazy, nasiona, owoce, takie tam). Poza tym kiwi jest praktycznie ślepy i prowadzi nocny tryb życia. Ma za to tak dobry słuch i węch, że oczy nie są mu do niczego potrzebne. No i ma najniższą temperaturę ciała wśród ptaków.

Kiwi nie zakładają gniazd na drzewach ani nawet na ziemi. Żyją w norach wykopanych własnonożnie lub opuszczonych przez inne zwierzęta. Są bardzo wstydliwe, dlatego spędzają w nich sporo czasu, zwłaszcza w dzień. Bo śpią. W nocy natomiast szaleją jak szalone. Żyją przeważnie w związkach monogamicznych (przez dwadzieścia lat!) i w okresie godowym składają sobie wizyty w norach.

Co ciekawe, samice kiwi zostały wyposażone w funkcjonujące jajniki. Jajo kiwi stanowi 1/4 wielkości samicy i jest to największe jajo składane przez ptaka, jeśli chodzi o stosunek wielkości ciała do wielkości jaja. Okres noszenia jaja trwa mniej więcej miesiąc i w tym czasie samica je nawet trzy razy więcej niż zwykle. Pod koniec jajo zajmuje już tyle miejsca, że biedaczka zmuszona jest głodować, ponieważ jej żołądek zostaje trochę zgnieciony. Jak można się łatwo domyślić, złożenie takiego jaja to nic przyjemnego, dlatego kiwowe kobiety preferują porody kałużowe, czyli po prostu moczą kupry w wodzie i to im jakoś pomaga na ból życia. W ciągu całego życia są w stanie złożyć nawet sto takich jaj.

Pisklęta wychowywane są różnie, w zależności od tego, do którego gatunku należą. Niektóre zostają porzucone przez rodziców, innymi zajmuje się sam ojciec lub oboje rodziców. Zupełnie jak u ludzi. Dość szybko stają się samodzielne i zaczynają realizować swój kiwowy nowozelandzki sen.

Niestety, jak to już w Nowej Zelandii bywa, kiwi jest kolejnym z gatunków zagrożonych wyginięciem. Populacja wszystkich gatunków zmniejsza się o 6% każdego roku i w żadnym wypadku nie jest to wina środowiska naturalnego. Nowozelandczycy ostro pokpili sprawę, kiedy jakiś czas temu zaczęli sprowadzać na wyspę psy, koty i łasice, których zadaniem było wybić zbyt rozwiniętą populację królików. Nikt jednak wtedy nie pomyślał, że to może nie być najlepszy pomysł ever i o ile królicza sytuacja została opanowana, to mocno straciła na tym reszta endemicznych gatunków Nowej Zelandii, w tym kiwi. Niby teraz coś tam próbują odratowywać, ale trudno stwierdzić co im z tego wyjdzie. Kiwi jest najstarszym i najdłużej żyjącym gatunkiem ptaka na tej planecie, a wyginie za kilka lat tylko dlatego, że komuś kiedyś nie chciało się strzelać do królików.

Zdarzają się też białe kiwi. Kiwi, Apteryx. Fota z www.newzealand.com






wtorek, 10 lipca 2018

Jerzyk

Do napisania posta na temat jerzyka zbierałam się dobre kilka lat, bo to ptak wymagający poświęcenia mu sporej uwagi i nie chciałabym potraktować go byle jak.

Wyróżnia się dwa podgatunki jerzyka - jeden żyje wyłącznie w Azji i Afryce (Apus apus pekinensis), drugi bywa w Polsce (Apus apus apus). Dzisiaj mowa będzie o tym drugim, bo mam do niego zdecydowanie bliżej. Jerzyka można spotkać w całej Polsce, chociaż najczęściej bywa w miastach, bo zabudowania stworzone przez człowieka są dla niego gwarancją odnalezienia dachu nad jerzykową głowę. Nie żeby jerzyk był jakimś ptasim menelem (GOŁĘBIE), taki po prostu z niego wygodnicki włóczykij. Podobnie jak muminkowy Włóczykij, jerzyk porzuca życie w Europie na czas zimy i odlatuje do Afryki (jeśli chodzi o Włóczykija, to nie mam pojęcia dokąd on dokładnie wędrował, ale do teraz uważam go za największe ciacho w historii dobranocek).

Jerzyka łatwo pomylić z jaskółką, ponieważ wygląda podobnie i spędza większość swojego czasu na oblatywaniu niebios z każdej strony po tysiąc razy. Różnica jest taka, że jerzyk prawie nie macha skrzydłami, bo to podniebny surfer stworzony do wykorzystywania przeróżnych prądów powietrznych. Jest to jeden z najszybszych ptaków Europy. Niektórzy twierdzą, że najszybszy, ale w sumie nie tak znowu łatwo jest to sprawdzić. Trzeba by wziąć jakiegoś jerzyka, który pracuje jako zawodowy sprinter i przyczepić mu ustrojstwo, które byłoby w stanie zmierzyć prędkość jego lotu. Tak to widzę. Ale ja się nie znam na ptakach.

Jerzyki są szalenie towarzyskie i uwielbiają latać w koloniach. Coś tam do siebie nawołują, popisują się i razem polują na owady. Najbardziej aktywne w tej kwestii są oczywiście ptaki młode, które dopiero co wyszły z gniazda i nauczyły się latać. Taki trudny okres dojrzewania w locie.

Nie stanowi dla jerzyka żadnego problemu spędzenie w bezustannym locie nawet trzech lat. Serio. Jerzyk lata trzy lata. I w tym locie robi wszystko: spożywa owady, pije deszcz, śpi, wychodzi z ziomkami na piwo, wyrywa dupeczki, chodzi na siłownię, pisze książki itd. Jedyne czego jerzyk nie robi w locie to zakładanie gniazda i wychowywanie potomstwa. Ciężko jest raczej złożyć w gnieździe jajka, zupełnie się przy tym w nim nie znajdując. Jak już jerzyk te jajka wysiedzi i coś się z nich wykluje, to znowu zaczyna latać, bo przecież młode trzeba jakoś wykarmić.

Ciekawą sprawą jest, że ptak ten ma mocno dziwaczne ptasie stopy, ponieważ wszystkie jego palce są skierowane do przodu. Z tego powodu jerzyki mają niemałe problemy z lądowaniem na ziemi i z chodzeniem po ziemi. Raczej się po niej turlają i czołgają, co stanowi śmieszny widok. Potrafią się za to świetnie wspinać po pionowych powierzchniach, czego pozostałe ptaki mogą im tylko pozazdrościć.

Młode, których rodzice nie ogarniają podstawowych zasad rodzicielstwa albo są po prostu biedni, czasem zostają porzucone. W tym miejscu pewnie spodziewaliście się kolejnego krwawego opisu śmierci pisklaczków, ale nic z tych rzeczy! Jerzykowe potomstwo nie jest w ciemię bite i od pierwszych dni życia potrafi o siebie świetnie zadbać. Gdy rodzic odlatuje na dłużej niż zwykle, a pożywienia brak, małe jerzyki zapadają w stan zwany hibernacją. Znacznie obniżają temperaturę ciała, a co za tym idzie - zmniejsza się metabolizm. W ten sposób potrafią przetrwać nawet kilkanaście dni, w ciągu których jerzykowy rodzic zazwyczaj powraca z pysznymi komarami w dziobie.

W Polsce jerzyki są objęte ścisłą ochroną. Sporo z nich ginie tragicznie, bo są zamurowywane żywcem w swoich gniazdach podczas remontów i innych wydarzeń związanych z przebudową dachów i budynków. Nawet jeśli uda im się uciec, to nie bardzo mają potem do czego wracać i jest im przykro. I wtedy mają depresję i już nie chcą gniazdować i umierają w końcu smutne i samotne. Wniosek z tego jeden - ludzie nie mogą robić remontów. Już nigdy.

Jerzyk, Apus apus. Ator zdjęcia: Maciej Szymański - więcej zdjęć autora TUTAJ






poniedziałek, 18 czerwca 2018

Krętogłów

Ostatnio dowiedziałam się, że istnieje taki ptak, a dowiedziałam się przez zdjęcie, które zamieszczam gdzieś tu poniżej. Nie wiem jeszcze gdzie, zobaczę, jak skończę cały tekst.

Krętogłów to ptak nie byle jaki, bo jeden z tych, o których lubię pisać najbardziej. Niby niepozorny, spokojny i ułożony, ale dziki wodospad szaleństwa gdzieś mu tam w duszy gra i większość jego zachowań jest kompletnie nieprzewidywalna. Cicha woda brzegi rwie itepeitede. Dużo nawiązań do wody.

Tak naprawdę krętogłów jest dzięciołem, chociaż w sumie sam pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Ktoś go dopisał do dzięciołów i tak już zostało. Ma kilka dzięciołowych cech szczególnych: mieszkanie w dziupli, wspinanie się po korze drzew i jedzenie robaków. No ale umówmy się, sporo innych gatunków ptaków też mieszka w dziuplach i je robactwo, a nikt ich nie zmusza do bycia dzięciołami. Zresztą mniejsza, bo już się rozpędzam, zaczynam malować transparent "DZIĘCIOŁY PRECZ" i organizuję manifę na skalę całego miasta.

Krętogłowy są szare, bure i zazwyczaj niełatwo je zaobserwować. Przemieszczają się po drzewach w pionie i w poziomie. Czasem schodzą na ziemię i podskakują jak jakieś nibywróble. Nie potrafią zupełnie tworzyć własnych dziupli, więc po chamsku przejmują cudze, nawet jeśli te są już zamieszkane przez innych lokatorów. Wtedy doprowadzają do wyprowadzenia takiej rodzinki i urządzają się w dziupli po swojemu.

Nie są aż takimi hardkorami, żeby zimę spędzać w Polsce, dlatego w tym czasie odlatują do ciepłych krajów. Przeważnie do Afryki. Ptaki nie mają własnej waluty (cudzej też nie), więc stać je na takie wycieczki. Po odpoczynku wracają i zaczyna się gniazdowanie (czyli wyżej wspomniane eksmitowanie intruzów, odbieranie stałych mieszkań innym ptakom i panoszenie się po całej Europie i zachodniej Azji).

W przypadku krętogłowów samice są o wiele wiele wiele razy bardziej pełne temperamentu, jeśli chodzi o cały motyw rozmnażania i zdobycie dziupli. Takiej samicy nie chce się nawet budować gniazda, po prostu wraca z wakacji, przejmuje pierwszą lepszą dziuplę, woła pierwszego lepszego samca (który od tej pory musi z nią spędzić resztę życia) i składa nawet do kilkunastu jajek na "gołej ziemi". Potem już leci klasycznie - wykluwa się milion młodych, wszystkie są głodne, trzeba je karmić, połowa z nich umiera zadeptana przez własne rodzeństwo albo zagłodzona. Zagłodzona na śmierć. Reszta rodzinki żyje sobie dalej, nie martwiąc się o nic.

W kwestii pożywienia krętogłowy nie idą na łatwiznę, bo ich ulubionym przysmakiem są mrówki. Zbierają je wszędzie, nawet w mrowiskach. Taki typowy krętogłów po prostu wbija do mrowiska, rozdeptuje całą misterną mrówczą konstrukcję, wystawia długi język, a mrówki się do niego przyklejają i zostają pożarte. Krętogłowy nie muszą się martwić ewentualnymi obrażeniami wyniesionymi z takich wypadów, bo zostały wyposażone w pancerz z piór, który całkowicie zabezpiecza je przed atakami ze strony rozwścieczonych mrówek.

Tak to właśnie jest z tymi krętogłowami.

Krętogłów, Jynx torqilla. Autor zdjęcia: Mieczysław Jankowiak (FB autora)






wtorek, 29 maja 2018

Gołębie

Na moim balkonie zamieszkały gołębie. Dla mieszkańców Wrocławia jest to pewnie coś zupełnie normalnego, ja trwam w lekkim szoku do dziś.

Zaczęło się niewinnie, bo niewidoczne przez zimę gołębie nagle objawiły się na całym osiedlu i zaczęły szukać pożywienia w śmietnikach. Później zaczęłam pracować, a nieużywany balkon był nieużywany, bo w mieszkaniu bywam w sumie wyłącznie ja i to przeważnie tylko żeby przenocować. Sprytne ptaszyska wykorzystały sytuację i pod moją nieuwagę zbudowały sobie gniazdo.

Wyszłam na balkon raz, nie wiem w sumie po co, bo to odkrycie momentalnie zabiło we mnie poczucie celu. Liche gniazdo złożone z kilku patyczków dumnie spoczywało na zimnej podłodze, a w jego centrum znajdowały się dwa jajka. Sprawców nie było nigdzie widać, więc przyjęłam co i jak do wiadomości i wróciłam do mieszkania. Kolejne dni obfitowały w wydarzenia. Obserwowałam sobie gołębie życie przez szybę, panicznie przeglądając strony internetowe w poszukiwaniu informacji na temat czasu wysiadywania i rozwoju piskląt. Rodzice jajek wysiadywali je na zmianę i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie gruchanie.

Gołębie gruchają i robią to głośno. I robią to wieczorem i robią to rano. W ciągu dnia porozumiewają się wydając krótkie i ciche chrząknięcia, jakby upewniały się, że są w pobliżu i że w sumie jest spoko. Ale kiedy chodzisz spać o 3 w nocy, bo tak zaprogramowała cię Mateczka Natura, to za cholerę nie spodziewasz się, że o 6 rano obudzi cię gołębi ryk. Robiłam, co mogłam: wychodziłam na balkon i krzyczałam, błagałam, w uszy wciskałam stopery, których nienawidzę. Chciałam zastrzelić te gołębie, a potem siebie. Jedyną słuszną metodą okazało się całkowite zamknięcie okien w mieszkaniu (w sezonie letnim do jasnej ciasnej) i zasunięcie rolet. W ten sposób do południa w mieszkaniu panuje względna cisza i egipskie ciemności, a gołębie robią, co chcą.

Nie na tym koniec jednak, o nie. Dostałam jakiś dzień wolnego i mogłam zrobić z tym czasem, co mi się żywnie podoba. Postanowiłam narysować siebie jako matkę wszystkich gołębi z gołębim dziecięciem w dłoni. Rysunek wrzuciłam na fejsbuka, no bo gdzie, a następnie poszłam do kurnika zobaczyć co nowego. O ironio, tego dnia narodził się pierwszy pisklak. Był goły, trochę żółty, a jego zasłonięte błoną gałki oczne były większe od całego ciała.

 Był obrzydliwy, ale jego pojawienie się trochę mnie wzruszyło. Rodzice pisklaka trwali chyba w większym szoku niż ja, bo zupełnie nie ogarniali, co właściwie zaszło. Dorosły Gołąb A przepadł gdzieś na kilka dni, a Dorosły Gołąb B zajmował się wysiadywaniem drugiego jajka i doglądaniem młodego. Doglądał go słabo, bo obrzydliwe dziecię co chwilę chwiejnie wyczołgiwało się z gniazda na zimną podłogę. Nie mogłam spokojnie żyć z tą patologią, więc dosłownie wzięłam sprawy w swoje ręce. Założyłam zimowe rękawiczki, bo gołębie słyną z roznoszenia chorób i brudu, a następnie złapałam pisklaka i podniosłam go, żeby mu się przyjrzeć. Nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. Dorosły Gołąb B miał całkowicie gdzieś moje działania, skupiając całą swoją siedzącą energię na jajku. Pisklak był cięższy, niż mogłoby się zdawać. Miał wielki brzuch, małe skrzydła, wyłupiaste gały i dziwny dziób. Gdyby był dinozaurem, mógłby wygrać w konkursie na najbrzydszego dinozaura. Odłożyłam go do gniazda, w zamian otrzymując silny cios skrzydłem w rękę od Dorosłego Gołębia B.

Dni i tygodnie mijały, młody rósł i nie zapowiadało się, że z brzydkiego kaczątka wyrośnie cokolwiek ładnego. Drugie jajko pozostało jajkiem i w pewnym momencie zniknęło z gniazda. Prawdopodobnie do rodziców dotarło, że z tego potomka nic jednak nie będzie. Cieszyłam się, bo wyglądało na to, że gołębie niedługo mnie opuszczą.

Trochę starszy młody.
Ale nie.

Gołąb A i Gołąb B w szale rozrodu stworzyły trzy kolejne jajka. W gnieździe rezydował w tym momencie jeden dorosły gołąb, trzy jajka i brzydki pisklak. Balkon ciągle usyfiony. Znowu dostałam dzień wolnego i podjęłam decyzję o wyprowadzce jajek. Chciałam zgarnąć je do kartonu i wyrzucić gdzieś daleko. Chciałam dokonać mordu na niewinnych, tak jak robił to Hrabal z małymi kotkami.

Spojrzałam na jajka, one spojrzały na mnie. Dorosły Gołąb B zajrzał mi czerwonym okiem prosto w oko. Wszyscy mierzyliśmy się wzrokiem przez dłuższą chwilę. Zrezygnowałam z pomysłu, ale kategorycznym tonem zapowiedziałam, że nadchodzą zmiany i gołębie muszą się dostosować, żebyśmy mogli żyć w jakiejkolwiek międzygatunkowej zgodzie. Wyrzuciłam z balkonu wszystkie śmieci, które zalegały tam od pół roku i wymyłam każdy centymetr domestosem. Gołębiom nad gniazdem zbudowałam zgrabny daszek ze styropianu i całość zabezpieczyłam drabiną.. Nalałam im wody do plastikowego pojemnika, żeby miały co pić i w czym się kąpać. Niewdzięczne stworzenia najpierw były oburzone, ale potem się przystosowały.

Podczas kolejnej wizyty odkryłam, że jajka zniknęły. Na balkonie pozostała tylko resztka skorupki. Co się z nimi stało, nie wiem, ale rodzice jajek nie wyglądali na zainteresowanych problemem.

Jedyne dziecko dorastało i wyglądało odrobinę lepiej. Zaczynało spacerować po balkonie, a nawet czasem wskakiwać na nieduże wysokości. I któregoś dnia wyleciało i nie wróciło. Kamień spadł mi z serca.

Nauka latania.
Posprzątałam balkon. Umyłam wszystko domestosem. Nie wyrzuciłam styropianu. Sąsiedzi pościągali ze swojej połowy wszelkie sprzęty mające na celu odstraszenie gołębi. Wszyscy zaczęliśmy nowe życie, świat odetchnął z ulgą, otworzyłam okno balkonowe.

Kilka dni później wróciłam z pracy do mieszkania. Wróciłam i zastałam nowego gołębia na podłodze. W środku. Przy oknie, ale jednak. Nie znałam tego gołębia. Był wyjątkowo piękny. Podeszłam do niego i powiedziałam "sio". A ten nic. Podeszłam bliżej. Dopiero dziesięciocentymetrowa odległość zmusiła ptaka do leniwego podniesienia tłustego kupra i przejścia przez próg na drugą stronę okna. W tym miejscu gołąb się zatrzymał i ponownie wygodnie się rozłożył. Sytuacja była dziwna.

Zajęłam się sobą, ale w końcu postanowiłam wyjść na balkon na papierosa. Zrobiłam wielki krok nad gołębiem i przeszłam na drugą stronę. Gołąb nic. Zero stresu. Stwierdziłam, że prawdopodobnie jest mu z jakiegoś powodu smutno i szuka towarzystwa, więc nie zakłócałam jego buddyjskiego spokoju. Następnego dnia odkryłam, że coś jest z nim nie tak, gdyż ptak utykał. Prawdopodobnie miał jakiś problem z lataniem, co trochę mnie zestresowało, bo przez to nie mógł sobie zdobyć pożywienia.

Piękny gołąb.
Dałam mu basen z wodą i trochę karmy dla koszatniczek (która jest bardzo zdrowa, bo prawie nie zawiera cukru). Gołąb zjadł. Kolejnego dnia wybrałam się na krótki spacer do Żabki, podczas którego zebrałam jakieś chwasty, żeby dać je gołębiowi do zjedzenia. Kiedy wróciłam, jego już nie było. Tym razem odczułam stratę. Ten gołąb był fajnym gołębiem.

Ostatecznie znowu posprzątałam balkon. Tak na serio. Umyłam wszystko domestosem. Wyrzuciłam styropian.

Dwa dni później w rogu balkonu pojawiło się kilka gałązek. Wyrzuciłam je.

Kilka dni później pojawiło się gniazdo. Nie miałam czasu go wyrzucać, bo musiałam wychodzić na tramwaj, więc jak opętana rozrzuciłam gałązki po całym balkonie krzycząc wniebogłosy o 9 rano. Gniazdo miało być nienaprawialne.

Następnego dnia gałązki zostały pozbierane i znowu pojawiło się gniazdo. Chwilę potem pojawiło się jajko. Wysiaduje je mój gołąb buddysta.




niedziela, 4 czerwca 2017

Puchacz śnieżny

Puchacz śnieżny, czyli sowa śnieżna lub Hedwiga z „Harry’ego Pottera”. Żyje na północy Ameryki Północnej, Europy i Azji, zamieszkuje również całą Skandynawię. Od czasu do czasu zdarza mu się zalecieć z wizytą aż do Polski.

Puchacz osiąga do 70 cm wzrostu, rozpiętość skrzydeł to jakieś 150 cm. Żyje mniej więcej 10 lat. Jest to jedna z największych sów w Ameryce Północnej.

Sowy śnieżne budują swoje gniazdo na ziemi, w miejscu, z którego mogą obserwować najbliższą okolicę. Samica składa od 3 do 11 jaj, w zależności od tego, czy warunki życiowe są sprzyjające. Młode wykluwają się dopiero po 5 tygodniach. Rodzice opiekują się pisklakami, znosząc do gniazda pożywienie i broniąc młode przed drapieżnikami.

Tak, puchacz wbrew pozorom też ma wrogów. Są to wilki, lisy, dzikie psy i inne ptaki drapieżne.
Puchacze są uzależnione od populacji lemingów, którymi się żywią. Jeśli lemingów jest mało, puchacz nie rozmnaża się wcale lub bardzo skromnie. W tym czasie rozmnażają się lemingi i w kolejnym roku sowy znowu mają na co polować i mogą składać jaja.

Lemingi to takie szczury-koszatniczki. W Skandynawii nie rozumiano zmian w liczebności lemingów i powstał mit, który tłumaczy, że lemingi popełniają od czasu do czasu masowe samobójstwo, skacząc do morza z klifów. Była kiedyś super gra „Lemingi”, tyle że te lemingi nie wyglądały jak lemingi.

Problem z lemingami jest taki, że nie tylko sowy śnieżne w nich gustują. Zdarza się, że o lemingi trzeba walczyć z innymi ptakami drapieżnymi, wilkami, lisami i psami.

Na szczęście sowa śnieżna żywi się również innymi zwierzętami. Poluje na ssaki, ptaki, czasem też na inne sowy. Jest postrachem północy i nie cofnie się przed niczym. Mniejsze zdobycze pożera w całości, co sprawia, że naukowcy od lat już głowią się nad tym, jak świetny może być taki puchaczowy żołądek.

W 2013 roku pewien hodowca z Niemiec skrzyżował sowę śnieżną z puchaczem zwyczajnym. Wyszło mu coś, co nazwał Schnuhus, a co po angielsku brzmi Snogle Owl. Hybrydy prawdopodobnie żyją do dziś i mają cechy charakterystyczne dla każdego z gatunków.

Puchacz śnieżny, sowa śnieżna, Snowy Owl, Bubo scandiacus. Źródło: Wikimedia.

Leming, lemming, Lemmini. Źródło: Flickr. 


niedziela, 28 maja 2017

Dront dodo

Wymarły ptak z wyspy Mauritius (nieopodal Madagaskaru). Najbliżej spokrewniony z gołębiami. Myślę, że miejskie gołębie to jakiś rodzaj zemsty ze strony Mateczki Natury za to wybite dodo. Pewnie tak właśnie będzie, że im więcej gatunków wyginie, tym więcej będzie gołębi, aż nastanie gołębiowa apokalipsa i ludzkość wymrze. Wszyscy czekają na apokalipsę zombie, a tu taka niespodzianka.

Dront dodo był również spokrewniony z drontem samotnym i nikobarczykiem zwyczajnym, który póki co ma się dobrze, ale jest bliski zagrożenia. Do takiego wniosku doszli badacze, kiedy przebadali resztki w głowie dodo znajdującego się w Muzeum Historii Naturalnej w Oksfordzie.

Nie istnieją zdjęcia dodo, ponieważ temu gatunkowi zdarzyło się wyginąć w XVII wieku. Ornitolodzy nie biegali wtedy z Nikonami po Mauritiusie.

Pierwszy opis dodo powstał podczas jednej z pierwszych wypraw Duńczyków na Mauritius w 1598 roku. Początkowo załoga myślała, że dodo to pingwiny, bo tak określali je Portugalczycy. Mogło też chodzić o "krótkoskrzydłe", ponieważ w portugalskim "pingwin" i "krótkoskrzydły" to podobnie brzmiące słowa. 

Po 1598 roku nastąpiły zmiany w spokojnym życiu dodo, ponieważ okazały się bardzo smaczne, co zachęciło żeglarzy do polowań. Mauritius stawał się cywilizowany, ścięto drzewa, wprowadzono nowe drapieżniki, a dodo wymarło. Ostatni raz widziano je w 1662 roku. Ludzkość potrzebowała mniej więcej 100 lat, żeby położyć kres gatunku żyjącego na wyspie od niepamiętnych czasów. Więc jak będziecie się denerwować, że gołębie opanowują miasta, to te ciepłe myśli ślijcie w stronę Portugalczyków, Duńczyków i Holendrów. 

Trudno powiedzieć jak wyglądały dodo, ponieważ zachowało się tylko kilka szkiców z wypraw na Mauritius. Oprócz tego były jeszcze wypchane dodo w muzeach, ale nie przetrwały w całości do dziś. Ostatecznie pozostały nam: głowa i stopa w Oksfordzie (druga stopa była w Londynie, ale zaginęła), jeden szkielet na Mauritiusie, jeden cyfrowy model stworzony na podstawie kilku szkieletów na Harvardzie, jeden szkielet złożony z dwóch szkieletów w RPA i jedna czaszka w Danii.

Dront dodo był sporym ptakiem. Jego wzrost mógł wynosić nawet do 1 metra, a waga do 15 kilogramów. Samce był większe od samic. Ubarwienie to raczej kwestia domysłów, pióra dodo mogły być szare, zielone i niebieskie jednocześnie. Dziób i nogi były żółte, a pazury czarne.

Dodo mogły dożyć mniej więcej 18 lat. Prawdopodobnie potrafiły bardzo szybko biegać, ponieważ miały nogi na tyle silne, żeby utrzymać ciężar swojego ciała, a nie zostały pobłogosławione umiejętnością latania. Ptaki nieloty szybko biegają lub szybko pływają.

Żywiły się owocami, które spadały z drzew. Ponadto uzupełniały dietę jedząc orzechy, korzenie, nasiona i okazyjnie skorupiaki. Zakładały gniazdo na ziemi, gdzie składały jedno jajo. 

Dronty dodo łapano i zwożono do Europy i Azji, ale nie wiadomo w jakiej ilości i ile ptaków przetrwało podróż. Istnieją opisy Londyńczyków, którzy uczęszczali na wystawy, gdzie wystawiano dodo, nie jest jasne jednak na ile zapiski są wiarygodne, a na ile wyssane z palca.

Istnieje coś takiego jak drzewo ptaka dodo, dokładniej Sideroxylon Grandiflorum lub  tambalacoque – endemiczna roślina z Mauritiusa. Dodo jadły ponoć nasiona z tego drzewa i dzięki temu mogło się ono rozmnażać. Jest to przykład rośliny, która uzależniła się od zachowania zwierząt, ponieważ nasiona chętniej kiełkowały po przebyciu drogi przez układ pokarmowy dodo.

Okazało się jednak, że nie jest to do końca prawda, bo tambalacoque toleruje również rozmnażanie poprzez układ pokarmowy wymarłych żółwi z Mauritiusa, wymarłej papugi maurytyjskiej i nietoperzy, które jeszcze nie wymarły. Ciekawostką tutaj jest, że jednym z powodów wyginięcia papugi maurytyjskiej jest wyginięcie dodo i żółwi, ponieważ papugi żywiły się nasionami wydalanymi przez te zwierzęta po zjedzeniu przez nie owoców.

Dodo pięknie odnalazł się w kulturze. Powstało wiele obrazów, na których ptak ten występuje, poświęcono mu fragment w „Epoce Lodowcowej” i w „Alicji w Krainie Czarów”.  Hilaire Belloc napisała o nim wierszyk:

“The Dodo used to walk around,
And take the sun and air.
The sun yet warms his native ground –
The Dodo is not there!
The voice which used to squawk and squeak
Is now for ever dumb –
Yet may you see his bones and beak
All in the Mu-se-um.”

A ja siedzę i czekam aż dront dodo zostanie sklonowany i powróci na Mauritiusa. Chociaż znając ludzkie zapędy, pewnie tylko część tych ptaków miałaby szansę żyć na wolności. Reszta trafiłaby na dodo-fermy, by w niedalekiej przyszłości stać się kanapką McDodo.

Dront dodo, Raphus Cucullatus. Roelant Savery, 1626r.


Raniuszek

Raniuszki są zbyt słodkie, by móc spokojnie obserwować je na żywo lub nawet oglądać na zdjęciach w internecie. Zapomnijcie o małych kotkach ...